Dystymia
- piątek, Październik 3, 2008, 14:16
- Zaburzenia i choroby
- 3 892 odwiedzin
- Komentarze (16)
Kiedy dopada nas spadek nastroju, gdy odechciewa nam się żyć przychodzi od razu na myśl możliwość pojawienia się depresji, natomiast w momencie, gdy obniżony nastrój pojawia się niepostrzeżenie i trwa tak długo, że jesteśmy w stanie przyznać, iż jest to typowa cecha naszego charakteru, zupełnie zapominamy o ewentualnym leczeniu i pomocy lekarza. Dystymia pojawia się znienacka, dopada dorosłych i dzieci, a w skrajnych przypadkach może być równie niebezpieczna jak depresja, z którą się przeplata. Podobnie, jak w przypadku depresji, by rozpoznać dystymię muszą wystąpić co najmniej dwa objawy, które utrzymują się co najmniej rok w przypadku dzieci i młodzieży i dwa lata u dorosłych. Objawami, które powinny obudzić czujność środowiska są:
- niska samoocena pacjenta
- trudność w podejmowaniu decyzji
- zaburzenia łaknienia
- zaburzenia snu
- deficyt uwagi
- ciągłe, nieuzasadnione uczucie zmęczenia
- poczucie ogólnej beznadziejności
Leczenie dystymii opiera się na podobnych założeniach, co leczenie jej groźniejszej wersji, czyli depresji – farmakologia jest ostatecznością w przypadku braku rezultatów płynących z psychoterapii. Przyczyn tej ogólnej niedyspozycji psychicznej można upatrywać się przede wszystkim w obciążeniu genetycznym, a według niektórych autorytetów głównym czynnikiem sprawczym jest środowisko pacjenta. Okazjonalnie u chorego może dochodzić do czasowego popadania w depresję, czyli znacznie głębszą formę zaburzenia istnienia, mówi się wtedy o tak zwanej podwójnej depresji, która zazwyczaj jednak ustępuje i chory powraca do dystymii sprzed pogorszenia sie stanu. Optymistyczny jest fakt skuteczności leczenia u 60% przypadków chorych.
Więcej w naszym serwisie: www.dystymia.psychika.eu
Oceń tekst:


(Głosów: 2, średnia: 3,50 z 5)

chyba z 10 lat zmagałam się z tą jak to określiliście “niedyspozycją psychiczną”. To musiało zacząć się jakoś w końcowych latach podstawówki. już wtedy dopadały mnie chwile apatii, zwątpienia, zmęczenia, potem coraz częściej zaczął dochodzić smutek, w liceum ten stan się spotęgował. byłam zakompleksiona, wyizolowana, zdołowana, totalnie przytłumiona, nie potrafiłam siebie zaakceptować, czasem wręcz nie mogłam na siebie patrzeć; no i ten permanentny brak radości. dwa lata temu zdiagnozował mnie psychiatra; powiedział, że to prawdopodobnie dystymia, przez jakiś czas brałam antydepresanty- niewiele pomogły, chodziłam na terapię, z której też nie byłam specjalnie zadowolona.
Potem coś się zaczęło zmieniać- dziś mam 24 lata i jest lepiej:) chyba wreszcie zaczynam cieszyć się życiem:) mam co prawda pewne depresyjne tendencje, boję się że kiedyś to może wrócić, ale nie dbam o to…wierzę, że wygrana z dystymią jest możliwa…
Od roku czuję ze gasnę. Coraz mniej rzeczy mnie cieszy… Świat jest beznadziejny, wszystko to jest źle poukładane, a ja czuje się obca, odosobniona, nie pasująca do tej układanki. Czasem myślę, ze Ja stworzyłabym ten świat lepiej, że trzeba go zniszczyć i zacząć od nowa.
Pomijając tą myśl czuje się zmęczona, ale gdy kłade się spac, conajmjiej 3 godz miną zanim zasne. Przewracam sie z boku na bok jest mi to gorąco to zimno. Co jakis tydzień, czasem 2, czasem kilka dni drętwieje mi prawa noga podczas snu. Czego to objaw? Poza tym czasem staje przed lustrem i pytam czy to nadal ja… czy moje ja juz mnie zostawiło, a siegam do dawnego ja pamiecią jak przez mgłę, ale widze ze miałam mnóstwo znajomych, poczucie humoru, pierwsza bylam za organizacją imprezy… dzisiaj kontaktuje sie z kilkoma osobami. W szkole nie mam o czym mowic nawet z dziewczynami z klasy… Kiedys uwielbiałam facetów, szukalam milosci… teraz czuje sie pusta uczuciowo. Wszystko jest mi obojętne. Mam prawie 18 lat. Smieje się ze złosci bądź bez przyczyny. I co to wszystko ma znaczyc?
Obecnie jest ze mną tragicznie. Dystymie mam chyba odkąd skończyłam 5 lat, co z pewnością było spowodowane moim okropnym, “alkoholowym” dzieciństwem. Obecnie mam 19 lat, ciężką depresje, nerwice natręctw i dość walki. Mimo licznych psychoterapii, leków nadal pogrążam się coraz bardziej. Czasem myślę, że zostało już tylko jedno wyjście, ostatnio coraz częściej.
Mam 31 lat i z ta choroba zmagam sie praktycznie od zawsze. Jestem niemal ciagle wsciekly, ludzie mnie denerwuja, wiecznie pytaja: “jak tam?”, a ja w takich momentach mam ochote komus przywalic. Nie rozumiem po co sie pytaja. Jakby nie wiedzieli ze ze mna jest zawsze zle. Najgorsza jest codziennna toaleta. Kiedy musze patrzec w swoja morde podczas golenia to mnie szlag trafia. Czuje nienawisc do siebie samego. Czasem sie zastanawiam jak natura mogla stworzyc takie monstrum. Na pierwszy rzut oka. Nic mi nie jest. Nie moge zdzierzyc tego ze nic mnie nie obchodzi, nie interesuje, nie mam zadnego hobby i jestem totalnym beztalenciem. Oo sorry…ponoc mam bardzo ladne pismo…i co z tego. Moje zycie to jest nieustanny pech. Tylko mi sie zdarza ze ucieknie autobus 3 razy dziennie albo pociag. Albo zakmna sklep przed nosem. Albo czegos zapomne zabrac…itp A wtedy prosze sie nie zblizac. Z tych powodow rowniez unikam ludzi. Po co ludzie maja cierpiec widzac takie stworzenie ktore w zyciu do niczego nie dojdzie. Strefa intymna – seksualna nie istnieje. Choc chcialbym to zmienic nie potrafie. Kiedys przed 12 laty przez kilka tygodni mialem dziewczyne, pozniej nie udalo mi sie nawet zaprosic zadnej na kawe, czy na cos innego. Skutek jest taki, ze pomimo wieku jestem ciagle prawiczkiem. Ja nie potrafie zyc. To nie jest moj swiat. Mam za soba dwie proby suicydalne i prawde powiedziawszy mysle o tym zeby skonczyc te farse zwana zyciem w moim wydaniu. Tu gdzie jestem calkowicie sam nikt mi nie pomoze, bo przebywam za granica i nikt mnie tu nie zna. Mieszkam sam i z nikim sie nie kontaktuje. W Polsce bylem u lekarzy to przypisywali mi jakies tabletki. Rownie dobrze mogli by mnie zabic. Te tabletki sprawialy ze ciagle spalem. A do pracy trzeba isc i cos zarobic, bo rachunkow za mnie placil nikt nie bedzie. Ja naprawde nie wiem co zrobic. Chcialbym kiedys kogos kochac, kogos przytulic. Czy zawsze bede musial byc ufoludkiem wsrod ludzi i cierpiec katusze?
rada dla ziomka “maartijn”
ziomek nie mna sensu się tak męczyć życiem
nie po to się żyje, żeby sie męczyć
przeczytaj uważnie: idź do lekarza
rodzinnego czy psychiatry nie ważne
poproś o wypisanie recepty na sertraline (“asertin”) i na lek zwany “concerta”. bież te dwa tabsy codziennie, a będziesz zajebistym człowiekiem uwież mi
pozdrowienia dla ciebie i życzę ci, żebyś zawitał w gronie zajebistych dojebanych ludzi
(ps. concerta kosztuje 300zł)
Tabletki nic nie zdziałaja, dopoki my sami z soba nie zdzialamy. Banal ale podobno prawda. Nie wiem, od kiedy pamietam wszystko jest takie… Jak kolega wyzej zmagam sie ze soba wlasciwie nie wiem z czym. Ciagle porazki, niepowodzenia, rowniez j.w zero zainteresowan i totalna niechec do siebie i swiata. Nie wierze w to ze kiedys nadejdzie temu kres, juz nie mam nadzieji ani wiary. To bardzo ciezkie. Nigdy nie bylam u zadnego lekarza, ale dlugo cierpialam na choroby psychosomatyczne ktore u mnie zdiagnozowano…
Pozdrawiam
Twoje ostatnie zdanie wydaje się nie mieć sensu. Jeśli nie byłaś nigdy u lekarza to kto w takim razie u ciebie zdiagnozował zaburzenia somatyczne?
Nie byłam u psychiatry to chciałam napisać. Mój lekarz po przeprowadzeniu wszystkich badań od tomografii, rezonansu i wszelkiego rodzaju innych zabiegów które nic nie wykazały, a jest to już drugi rok, zatem innej przyczyny wg niego nie ma skoro jestem zdrowa i zdrowszych ze swiecą szukac- nie symulacja bynajmniej. A co do sensu bądz bez sensu moich zdan to mnie nie dziwi, bardzo czesto pisze tak ze nie mozna nic zrozumiec. Pozdrawiam
Maartijn,
Jestem dziewczyną, mam 30 lat… i pod wszystkim co napisałeś mogłabym sie podpisać. Wiem, co czujesz. Pozdrawiam
Jeśli ktoś chce popisać o dystymii, wygadać się, to zapraszam: treya@szeptem.pl
Witajcie.
Wrocilam dzis od lekarza. Chodze do niego …od 9 lat.
Przeszlam juz terapie 10tyg w spzitalu,terapie prywatne,i wielu lekarzy. A dzis dopiero sie dowiedzialam,ze to dystymia i mam sobie poczytac w necie.
I poczytalam;P To wszystko co napisaliscie :TO JA ,JOANNA POPIERDOLONA. Nic mnie nie cieszy,nie interesuje, zmuszam sie do czytania ksiazek,gazet zeby nie byc kompletna debilką, rodzina juz nie pyta nawet jak mi pomoc, uwazaja ze moge sobie tak zyc-bo chyba jestem pąckziem w masle conajmniej utopionym!.A ja wyję cala sobą- wewnetrznie…… Od ludzi z ktorymi mialam jakikolwiek kontakt slysze teraz ,ze :nie lubie ludzie itd. Faceci pojawiaja sie…i szybko znikaja…Bo dosyc ze przytylam przez te wszystkie lata pare kg,to nikt nie ma cierpliwosci aby zrozumiec mnie chociaz odrobinkę.:(
Moje GG 22535497 moze ktos pomarudzi ze mna?
Od roku czuje się źle. Gdybym miała opisać o wszystkim to by miejsca nie starczyło. Nie wiem czy mam dystymię czy może jakąś fobię społeczną czy cos innego, ale wiem że jest cos nie tak. Wszystko zaczęło sie od mojej bardzo stesującej pracy z której w końcu zrezygnowałam bo czułam że nie dam rady już dłużej. Ciągły stres i myśli czy wszystko dobrze czy wszystko zrobiłam. Nawet jak miałam wolny dzień to nie potrafiłam skupic na czymś innym uwagi tylko myśli o pracy. W nocy budziłam sie z lękami a rano chciało mi sie “ryczeć” że muszę tam iść. Zrezygnowałam z tej pracy ale chyba za późno bo pojawi się takie objawy że mnie to niepokoi. Boję się imprez, obojętnie w jakim towarzystwie gdy przyjdzie wypic alkohol zaczyna mi sie robic gorąco i okropnie trząść ręcę i często głowa. Bardzo sie tym stresuję bo wiem że to widać (ręcę sie tak trzesą że nie mogę trafic do buzi) dlatego unikam towarzystwa, często jestem zamyślona ale nie potrafie powiedzieć o czym tak myślę, i mam problemy ze skupieniem sie i zebraniem myśli. Jestem przekonana że wszyscy sa lepsi,mądrzejsi ode mnie a ja nie wiem po co żyję, jaki jest sens i cel mojego marnego życia, często sie nad tym zastanawiam.
No to czas na jakiś inny głos, może w innym tonie.
Każdy przeżywa dystymię, jaki i inne choroby, na swój sposób, ale takie stwierdzenie ma taką samą wartość jak to, że “każdy człowiek jest inny”. W rzeczywistości dziewięćdziesiąt parę procent ludzi to ten sam człowiek, kalka, schemat, robot, i tak samo, większość dystymików będzie pisało w takich miejscach jak to tak samo i o tym samym. To i ja napiszę o swojej dystymii, ale może właśnie trochę inaczej.
Dystymia to doświadczenie, które zabiera człowieka na dno egzystencji, podobnie jak Blake’a (Cobaina) w filmie “Last Days”. Na dnie tej studni nic nie ma, siedzisz tam sam i marzysz może o tym, by powrócić na powierzchnię, do ludzi i do twoich zabawek, żeby znów się cieszyć, skakać pajacyki i wylewać wiadra łez na widok zachodu Słońca. Patrzysz na swoich kolegów i koleżanki, a oni wydają się tak kochać życie, wydaje się, że żyją pełnią życia, uśmiech nie znika z ich twarzy nigdy. Czyżbyś był nieprzystosowany?
To dno egzystencji to odcięcie się od tego wszystkiego, do czego się było przywiązanym i co się lubiło. Wszystko nagle traci wartość. bo co ma wartość, gdy nie odczuwa się życia? Samo życie zostaje podważone.
Zaczynasz widzieć z innej perspektywy. Czym było to, co sprawiało ci przyjemność? Co było w tym takiego wspaniałego i dobrego, że zadowalało cię na czas twego życia?
Ktoś nacisnął mały przycisk w twojej głowie, i bodźce już nie działają tak, jak kiedyś, tak, jak u innych ludzi. Względność przyjemności i radości? Co ci dotąd dawało radość? Ile w tym było autentyzmu, a ile ściemniania sobie i innym, że to taaakie prawdziwe i warte przeżywania? Na ile to było karmienie się nawzajem powierzchownością i małymi podnietami, a na ile bycie sobą bez masek “fajności” i “wesołości”? Zastanawiasz się, dlaczego już nie cieszy cię najebanie się za sklepem z twoimi kolegami? Może myślisz, że coś z tobą musi być nie tak, skoro nie sprawia ci to frajdy. Może to jakaś wada genetyczna, że jakoś nie czujesz tych alkoholowych uciech pełnych życia i głębokiej więzi przyjaźni stukających się kieliszków?
Iluzje opadają, świadomość się poszerza, a bezsens zaczyna się coraz bardziej uwydatniać. To jak reset odbioru rzeczywistości. W OD-cięciu się od przywiązania do tego wszystkiego wokół ciebie na nowo próbujesz nadać jakoś sens, bo poczucie sensu to zawór bezpieczeństwa, który chroni życie, pozwala przetrwać. W dystymii żadnego sensu NIE DA się znaleźć, nawet Jezusek w postaci opłatka traci swoje właściwości, a śpiewane w kościele anielskie hymny wcale nie zmieniają nastroju wiernego. Totalny reset, a jak się komu uda, do dociera do samego rdzenia wszystkich pytań, czyli “KIM JESTEM?”. Nie, czy jest co po śmierci, albo po co żyć. Pierwszym ze wszystkim pytań jest, kim jestem. Jeśli nie wiesz tego, to po co szukasz odpowiedzi na inne pytania?
W tym bezsensie nagle okazuje się, że odczuwanie rzeczywistości jest czymś względnym, potencjalnie różnym dla każdego osobnika. NAGLE – książki nie mają wartości, spacery wydają się być jedynie nudą, a rozmowy z rówieśnikami tracą wszelki optymizm. Wakacje tu czy zagranicą – czujesz się tak samo. Czy to tylko niedobór serotoniny w twojej główce, czy coś więcej jest na rzeczy? Może to tylko twoja wina, jesteś niepełnosprawny biologicznie, masz braki genetyczne?
Jest jeszcze inna opcja. Zanegowanie słuszności tego, co dokoła. Ich radość nie jest prawdziwa, ich szczęście jest udawane, ich sposób życia nie jest autentyczny. To oni żyją iluzjami, to oni są bezsensowni.
Samoświadomość jest narzędziem poznania i ZROZUMIENIA, po które sięga człowiek, który już nic nie ma, i którego już nic nie cieszy, bo już nic niczemu nie służy, a jutro będzie takie samo, jak dziś i wczoraj, i ostatnie parę lat. Wprowadzanie coraz więcej świadomości w każdą chwilę obserwacji siebie i innych ludzi ujawnia ściemę, powierzchowność żywotów, kruszy iluzje rzekomego szczęścia dokoła, które, okazuje się, chwieje się nierzadko, a podparte jest jedynie uzależnieniem od partnerka/ partnerki i emocjonalnego hałasu wokół.
Dystymia to dystans do rzeczywistości i do emocji. Kto poddany emocjom, ten od nich zależny i tak jego życie płynie, jak one mu będą grały. Dystymik już nie jest zależny od żadnych doznań, bo nawet masturbacja jest już tylko lekkim łaskotaniem skóry i niczym więcej; przestają go pasjonować rozmowy o nowym modelu audicy przy rodzinnym stole, ani nie śmieszy go oklepany żart o rzekomym odchudzaniu się przez ciotkę Krysię.
Komu dane zrozumieć, ten obserwuje, analizuje i myśli, choć ciężko mu to w tym stanie przychodzi. Wnioski z tych rozumowań są takie, że już sam nie wie, czy on już kompletnie zwariował, czy to tym ludziom wszystkim się we łbach poprzewracało.
“Gdybyśmy nie potrafili sięgnąć dna naszego bólu, to kim bylibyśmy, jak nie Maszynami, zakodowanymi na wizję świata zbudowanego z aniołków, mistrzów, ofiar miłości pierwszej i ostatniej, wyznawców bliskości za pieniądze i konsumentów toreb szczęścia z recyklingowego plastiku? ”
“Świadomość teatru życia jest podstawą do jego zmian i Uwolnienia się z presji “jedynej prawdy”.
Teatr Maszyn LOS MACHINOS prowokuje do przemyśleń ludzi, w których tli się jeszcze iskierka przeczucia, że jest “coś więcej” PONAD maszynowymi afektami.
Reszta ludzkości płynie myślowym kanałem ściekowym, wprost w objęcia gównianej przyszłości.”
Cytaty z Los Machinos.
martijn chyba nie jest tak źle z tobą, skoro codziennie się golisz:) W moim przypadku może to tak nie wygląda, że na swoją gębę w lustrze spojrzeć nie mogę (ali radości też mi ten widok żadnej nie sprawia) za to potrafię się tynie nie golić i nie myć. Bo po co?
Cały ostatni tydzień przesiedziałem przed komputerm, na dworze piękna pogoda – a aj nawet nie wyszedłem. Jednak na chwilę obecną jest pewien promyk nadziei bo się precyzyjnie zdiagnozowałem. Sam. Bo chociaż od kilku lat odwidzałem psychiatrę jakoś na to nie wpadł. Mógłbym chyba robić za modelowy przykład dla studentów; rozpoznanie: dystymia ze wsółwystępującymi zaburzeniami osobowości osobowością unikającą a także elementami anhedonii, prokrastynacji. A wszystko to przyprawione spłyconym afektem i fobią społeczną. Jutro siadam na opracowanie koncepcji działania a od poniedziałku biorę się za to. A maruderom powiem, że zawsze może być gorzej bo niektórzy pracę mają a ja pomimo świetnego wykształcenia, całego pliku różnych inżynierskich uprawnień pracy znaleźć nie mogę. Na dokładkę czycha na mnie na każdym kroku moje głębokie uzależnienie alkoholowe a przed rokiem miałem zawał i plastykę tętnic. Aha mam jeszcze poważne schorzenie kręgusłupa.
Współczuję, Andrzeju, tylu poważnych problemów… Z pewnością nie ułatwiają one walki z chorobą, samą w sobie już poważną. Mam nadzieję, że jednak mimo tych wszystkich przeciwności losu znajdziesz w sobie dość siły do walki. Powodzenia!
Też sama siebie zdiagnozowałam, ale nie wiem, co powinnam zrobić dalej. Wybrać się do lekarza po chemiczne kajdanki, dalej udawać przed rodziną i znajomymi, że wszystko jest w porządku? Chciałabym zwalczyć ten problem, bo sama już czuję się zmęczona swoim wiecznym smutkiem, płaczliwością, nieprzespanymi nocami i poczuciem beznadziei. Mam takie małe marzenie, żeby znów umieć szczerze się uśmiechać, bo wtedy to już chyba mały krok będzie mnie dzielił do ponownego odnalezienia radości życia:).
Kori ma rację. Przez ostatnich kilka lat (8?) nic mnie nie cieszyło i nic mi się nie chciało. Wszystko, co jednak już, robiłem, robiłem bez zaangażowania, bez prawdziwej chęci. W końcu zaczałem dużo pić i brać lekkie dragi. Jednak to dawało tylko chwile ‘zapomnienia’. Dzień za dniem mijał bez sensu, neurotycznie -aż do somatycznego bólu niemal. W końcu mnie to tak wkur*, że postanowiłem -szlus! Z dnia na dzień rzuciłem palenie, zająłem się moją ulubioną niegdyś dziedziną nauki. -to jest podstawa: silne postanowienie czegokolwiek i dotrzymywanie tego słowa danego samemu sobie przed samym sobą. Trzeba też znaleźć sobie jakieś zajęcie, a najlepiej jakiś bardzo odległy cel. Nic tylko trwać i stawiać kolejne kroki. Dewiza jest taka: WSZYSTKO da się osiąnąć i ZE WSZYSTKIM sobie poradzić jeśli się chce. Na co czekasz? Nie ma nic smutnego na świecie.