Samobójstwo i syndrom presuicydalny

Syndrom presuicydalny to termin ukuty przez austriackiego suicydologa, który stwierdził, że przeważająca większość samobójstw (około 80%) jest poprzedzona wystąpieniem szczególnych zachowań i sygnałów.
Ringel swoją koncepcję oparł o wnikliwe badania 475 przypadków samobójstw usiłowanych. Analiza zachowania pacjentów przed podjęciem próby samobójczej lub samobójstwa dokonanego doprowadziła go do stworzenia koncepcji syndromu, który opisuje to, co dzieje się z osobą, która dokonuje zamachu na własne życie.
Ringel wyabstrahował trzy czynniki składające się na syndrom presuicydalny:

  • zawężenie świadomości
  • zahamowanie agresji i jej ukierunkowanie na siebie
  • myśli i wyobrażenia samobójcze

Zawężenie świadomości polega na tym, że człowiek nie dostrzega alternatywnych form rozwiązania problemu (widzenie tunelowe). Nawet najgłębsza depresja, w której chory zachowuje nawet nikłą nadzieję na poprawę, może zapobiec podjęciu próby samobójczej. Niestety w cięższych przypadkach depresji zawężenie świadomości jest bardzo silne. Jak pisał Kępiński – „samobójstwo jest brutalnym sposobem przerwania depresji”.
Zwężenie świadomości objawiać może się na wielu płaszczyznach – odcięciu się od kontaktów z innymi, usztywnieniu procesów poznawczych, poczuciu ciągłej beznadziei, zawężeniu świata wartości (to co kiedyś było ważne, przestaje się całkowicie liczyć dla człowieka).

Dla osób, które znajdują się w otoczeniu chorego, najważniejszym elementem syndromu presuicydalnego jest wystąpienie fantazji samobójczych. O ile bliscy mogą nie zauważyć wystąpienia zawężenia procesów poznawczych czy narastającego poczucia beznadziei , to o tyle wystąpienie fantazji i myśli samobójczych zauważyć już mogą. Nie wolno ich bagatelizować, choć warto je umieć odróżnić od zwykłego szantażu emocjonalnego. W obu przypadkach, dla pewności i bezpieczeństwa chorego warto udać się do psychoterapeuty bądź psychiatry, który będzie umiał zdiagnozować ryzyko wystąpienia próby samobójczej. Również u chorego w depresji, warto aby rodzina wiedziała na jakie aspekty zachowania, które mogą objawiać syndrom presuicydalny, powinna zwrócić uwagę.

Tekst poniżej jest fragmentem artykułu: SAMOBÓJSTWO INTERWENCJA I PROFILAKTYKA . Źródło: http://www.terapia.rubikon.net.pl/html/samobojstwo_int_kryzys.htm

Opisując osobę z syndromem presuicydalnym (według E.Ringel’a) należy zwrócić uwagę na cechy, które występują w większości przypadków tj.:

  • zawężenie sytuacyjne,
  • zawężenie dynamiczne,
  • zawężenie stosunków społecznych,
  • zawężenie świata wartości,
  • napięcie i agresja,
  • fantazje samobójcze.
  1. Zawężenie sytuacyjne.
    Osoba, która znajduje się w sytuacji presuicydalnej nie widzi rozwiązania swojego trudnego położenia. Nie widzi innych, dopuszczalnych alternatyw rozwiązań. Nie jest w stanie przyjrzeć się swemu położeniu z metapoziomu. Nie jest w stanie nic zmienić. Przeżywa poczucie osamotnienia, osaczenia, bezradności. Takie zawężenie może nastąpić na skutek:

    • uwarunkowania sytuacyjnego (np. nieuleczalna choroba)
    • wyników własnego postępowania (np. Hitler w okrążonym Reichstagu)
    • własnych wyobrażeń na temat potencjalnego zagrożenia (np. lęk przed nawrotem choroby nowotworowej)
  2. Zawężenie dynamiczne.
    Osoba w sytuacji presuicydalnej doświadcza działania sił, które pchają ją do samobójstwa. Jej nastrój, wyobrażenia, uczucia pogrążone są w pesymizmie (widzenie świata przez czarne okulary). Zawężone są możliwości fantazji człowieka i nadwerężone jego siły napędowe. Osoba ta przeżywa silny lęk. Boi się siebie, boi się życia, boi się innych, boi się działania. Zawężenie dynamiczne można porównać do sił pokonujących grawitację. Siły te pokonują instynkt samozachowawczy człowieka. Sama osoba w tej sytuacji nie jest w stanie tej siły przezwyciężyć.
  3. Zawężenie stosunków międzyludzkich.
    Osoba w sytuacji presuicudalnej izoluje się od starych przyjaciół, od znajomych (czasami śmierć starego człowieka spostrzegana jest po kilku dniach). Zmniejsza ilościowo kontakty z ludźmi. Stopniowo w jej najbliższym otoczeniu jest coraz mniej bliskich osób. W krańcowej sytuacji często „czepia się” jednej osoby jak ostatniej deski ratunku. Kontakty z ludźmi jeśli są, są zdewaluowane. Relacje są powierzchowne, nie dotyczą rzeczy ważnych, osobistych. Ograniczają się do zdawkowego pozdrowienia i rozmowy o nieistotnych sprawach. Osoba taka nie jest zdolna do kształtowania nowych, prawdziwych powiązań.
  4. Zawężenie świata wartości.
    Osoba w sytuacji presuicydalnej przeżywa brak poczucia wartości w niektórych dziedzinach życia. Brak jej zainteresowań, hobby. Brak jej ustalenia hierarchii ważności spraw, którymi się jeszcze zajmuje. Wartości przez nią wyznawane ulegają dewaluacji. Spłycają się. Nie jest w stanie bronić ich. Wpływa to znacząco na jej własny obraz siebie, na poczucie własnej wartości. Osoba w takiej sytuacji kieruje się często subiektywnymi ocenami. Są one różne od ogólnie przyjętych wartości w społeczeństwie. Przez to następuje jeszcze większa jej izolacja od społeczności w której żyje. Często osoba taka wchodzi w rolę niepełno wartościowego outsidera, dziwaka.
  5. Napięcie.
    Osoba w sytuacji presuicydalnej przeżywa bardzo silne na pięcie, które często prowadzi do agresji. Jest ona kierowana początkowo na najbliższe osoby następnie na siebie. Zwrot agresji przeciwko sobie wiąże się z następującymi warunkami:

    • w człowieku muszą powstać pokłady bardzo silnej agresji,
    • odreagowanie jej na zewnątrz musi być uniemożliwione przez czynniki wewnętrzne (zahamowanie tej osoby) lub czynniki zewnętrzne (stosunki kulturowe, normy cywilizacyjne).
  6. Fantazje samobójcze.
    Osoba w sytuacji presuicydalnej zaczyna fantazjować na temat swojej śmierci. Myślenie to ma charakter przekształcający cel w rzeczywistość. Celem staje się samobójstwo. Początkowo niewinne myśli o samobójstwie, dające możliwość rozładowania napięcia w trudnej sytuacji, nabierają charakteru samodzielnych bytów. Stają się natrętnym, obezwładniającym myśleniem. Fantazje samobójcze przechodzą przez trzy etapy:

    • pierwszy to wyobrażenia bycia martwym (fantazje nie dotyczą samej śmierci, ale bycia martwym, który czuje smak zemsty nad tymi, co go opłakują) na tym etapie śmierć jest zjawiskiem odwracalnym,
    • drugi to wyobrażenia podniesieniana siebie ręki bez konkretnych planów samobójstwa,
    • trzeci to faza najwyższego zagrożenia gdzie samobójstwo bywa bardzo szczegółowo zaplanowane.

Te detale wzmacniają tendencje samobójcze.

Komentarze (74) do artykułu “Samobójstwo i syndrom presuicydalny”

  • Renata napisał(a) dnia 14 stycznia, 2009, 15:33

    Mój komentarz kieruję przede wszystkim do osób, które czują, że znajdują się w sytuacji bez wyjścia. Proszę, aby rozwiązali Państwo sprawę najważniejszą dla wszystkich ludzi, niezależnie od ich kondycji psychicznej. Jest to osobiste nawrócenie do Jezusa Chrystusa.
    Niestety Kościół Katolicki nie przekazuje prawdy, o której świadczy Biblia.
    Wg Biblii śmierć Jezusa na krzyżu jest dla Boga wystarczającą odpłatą za grzech. Człowiek musi jedynie uwierzyć w to, że Chrystus umarł za wszystkie jego grzechy i uznać Go za Pana swojego życia. To jest właśnie Dobra Nowina, czyli Ewangelia. Ci, którzy poznali i przyjęli ją są już zbawieni. Ci, którzy po jej poznaniu nie nawrócą się zostaną potępieni (ewangelia wg św. Jana rozdział 3, werset 18). Zbawienie jest łaską, Bóg udziela jej za darmo, a nie pod warunkiem przyjmowania sakramentów czy moralnego postępowania. Dobre uczynki są wynikiem tego, że jest się zbawionym, a nie odwrotnie (list do Efezjan rozdz. 2, w. 8-10). Człowiek, który się nie nawrócił nie ma po prostu siły, aby dobrze postępować. To, że zbawienie jest łaską nie oznacza, że Bóg daje ją tylko niektórym – On pragnie, aby wszyscy znaleźli się w niebie (list do Rzymian rozdz. 7, w. 14 – rozdz. 8, w. 6; pierwszy list do Tymoteusza rozdz. 2, w. 4; drugi list św. Piotra rozdz. 3, w.9).
    Nie twierdzę, że nawrócenie automatycznie uleczy depresję, ale na pewno powstrzyma przed samobójstwem. Wiem, że niektórym z Państwa może wydawać się, że po prostu nie są w stanie myśleć o czymś innym niż śmierć, ale proszę mi uwierzyć – jest nadzieja.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Podaję mój mail: arvum@vp.pl

  • Kamil napisał(a) dnia 13 maja, 2009, 14:03

    Tekst ciekawy, aczkolwiek troszkę za krótki. Wg mnie nie wyczerpuje zainteresowania problemem.
    Nota do Renaty: a co jeśli ktoś jest agnostykiem, czy ateistą? Wówczas wydaje mi się, że jest o wiele łatwiej zrezygnować z życia, mając świadomość, że nie czeka na nas nic złego (piekło, czyściec), a jedynie nieodczuwalna nicość. W takich przypadkach najlepszym lekiem jest rodzina, przyjaciele, empatia, otoczenie uczuciem.
    Pozdrawiam.

  • europa napisał(a) dnia 13 listopada, 2009, 1:54

    Dobry tekst. Wiem już czym jest samobójstwo, poniekąd skąd się bierze i nadal wiem ze chce je popelnic.
    Nie mam 13 lat, nie mam problemów w szkole, ani z rodzicami. Nie noszę grubych szkieł i drutów na zębach, dzieci nie śmieją się ze mnie.
    Mam na imię Marysia, mam 23 lata i niezłą pracę. Mieszkam w wynajętym mieszkaniu z chłopakiem alkoholikiem. Kocham go i trzymam się go kurczowo z bardzo dziwnego powodu…. boję sięciemności i boję się sama spać. Nie potrafię zakończyć tego związku, wiem że jeśli to zrobię to on mnie zniszczy, poza tym jak już wspomniałam-boję się sama spać.
    Zawsze myślałam, że moje życie jest niestabilne i od wielu lat myślałam o tym, żeby się zabić. Dopiero niedawno odkryłam, że moim problemem nie jestem JA a ŚWIAT. Jetem totalnie nieprzystosowana do funkcjonowania w takim burdelu. Nie wiem czy to wina moich rodziców, czy mojej psychiki czy wad genetycznych mozgu… Nie rozumien pojęcia ZŁO. Jest ono dla mnie obce i trudne. Boję się ludzi i cierpień jakie mogą mi zadac. Boję się wszystkiego. Mój lęk jest oswojony i dla mnie zrozumiały a jednak paraliżuje mnie. Boję się życia i profilaktycznie chciałabym umrzeć.

  • Optias napisał(a) dnia 15 listopada, 2009, 11:52

    Jezus wam nic nie da jeśli nie ma się wsparcia rodziny i przyjaciół to nie ma szans wyjść :( z depresji a modlenie to strata czasu ślepi ludzie mają gdzieś swoich bliskich a potem się dziwią i płaczą ze nic nie zrobili a mogli

  • a. napisał(a) dnia 6 grudnia, 2009, 1:01

    Piszę do 23letniej kolezanki dwa posty wyzej…mam nadzieję,że zyjesz i dajesz radę…Jestem kilka lat starsza…Trzy lata temu chcialam zakonczyc swoje życie. Dokładnie wszystko zaplanowałam. Najintensywniej myślałam o tym przez ostatni miesiąc prze dcałym palnem…W końcu 31 grudnia późnym popołudniem wróciłam do domu i w czasie gdy już połowa sie bawiła a reszta dopiero szykowała na powitanie nowego roku, ja to zrobiłam…Wyłączylam telefony i odciełam się…Miałam nadzieję, że na zawsze…Jakimś cudem mnie uratowano…Aż dziw, że miałam to szczeście…W tegorocznego Sylwestra miną trzy lata a ja cały czas nie jestem na tyle silna by powiedziec, że nigdy tego nie zrobię, bo jestem słaba…Ale wspominając to płaczę i ceiszę się, że zyję… Rozejrzyj się za jaką specjalistyczną poradnią. Są takie, które udzielają pomocy darmowo. Jedno Ci moge napisac…choc jestem dalej slaba to żałuję jak cholera, że wtedy chcialam się zabic…W końcu będziesz silniejsza i otrzesz łzy. Trzymam za Ciebie kciuki Kochana!

  • manu napisał(a) dnia 16 grudnia, 2009, 11:52

    rozumiem Ciebie Marysiu nawet nie wiesz jak bardzo ………………u mnie tez juz decyzje podjete …. WESOŁYCH ŚWIĄT

  • aneta napisał(a) dnia 22 grudnia, 2009, 2:18

    http://www.youtube.com/watch?v=uGPjNxcn9lg banalne ale po nieudanej probie samobojczej jeden z takich filmikow wyslany przez osobe mi bliska dodal sily i juz nigdy nie probowalam odebrac sobie zycia…

  • Łukasz napisał(a) dnia 24 grudnia, 2009, 21:17

    3majcie sie ciepło w te smutne jak dla mnie świeta. Też wieloktonie myślałem o tym, pare razy nawet juz planowałem i podejmowałem próby. Na dzień dzisiejszy już 8 lat lecze sie na nerwice połączoną z depresją, Dużo mnie kosztuje życie na codzień i udawanie że jest ok. Pomimo że czasem mam okopne lęki i boje sie wyjśc z domu to jednak nie wiedzieć czemu zaciskam zęby i próbuje, chociaż często brakuje sensu w tym moim wysiłku. Przez te jebane 8 lat choroby skończyłem prawo, robiłem o notariusza 1,5 roku i 4 miechy u komornika, teraz dostałem sie na aplikacje. Po drodze stwierdzili u mnie wrzody dwunastnicy, raz nawet ledwo przeżyłem bo pękł mi jeden i krwotoku dostałem. Pomimo tego wszytskiego cały czas staram sie ogarnąc swoje życie, ale na prawde chyba nie umiem. Szukałem pomocy wszędzie ale w dalszym ciągu nie wiem jak żyć, bez tego ciągłego niepokoju, leku i stresu.

  • Paprotka napisał(a) dnia 25 lutego, 2010, 16:23

    Ja już chyba nie potrafie. Od kilku lat zmagam się z wizja smobójstwa, raz próbowałam jednak nie udało się. Żyje zupełnie w poczuciu bezsensu i celu, oczywiście nie ma się co oszukiwać to wszystko nie zaprzeczalnie nie ma sensu, chciałabym mieć taką odwage.. Czasem myśle że potrzebuje pomocy, czasem. Coraz mniej czuje, mniej mnie intresuje to wszystko, żyje w swoim świecie zupełnie sama. Czy mi dobrze, mi wszystko jedno,tylko tej odwagi… Chciałabym chyba pierwszy raz od nie wiem czy kiedykolwiek miałam takie pragnienia- żeby coś mi się udało, żebym była szczęślia, wtedy może by było inaczej. Nie mam siły..

  • stokrotka napisał(a) dnia 13 marca, 2010, 13:21

    W zasadzie nie wiem dlaczego pisze… chyba po to zeby wam usiwadomic ze to nie pomaga – probowalam i u psychologa, rodziny, przyjaciela… oni nie rozumieja!!! glupie kometarze w stylu ‚dlaczego myslisz ze akurat ty masz gorzej w zyciu’ tylko powiekszaja agresje, a psycholog … no coz ‚ustalmy spotkanie za 2 tygodnie’… glupia baba, nie ma pojecia ze za 2 tygodnie ktos glupi moze mnie przygniesc tak ze juz nie wstane. nie pisze zeby prosic o pomoc (do redakcji-nie zycze sobie zadnego kontaktu!) – w koncu podeszlam do tego jak do choroby, calkiem rozsadnie, bylam u lekarza. ta kretynka doszla do wniosku ze nie sa mi potrzebne lekarstwa – ciekawe jaki ma w tym interes. w kazdym razie jestem przygotowana, mam testament, dzisiaj jest ok, ale jesli mi odbije jutro, wiekszosc rzeczy mam juz pozamykane, reszta jest mi obojetna.
    Takze – rozmowa o tym co w nas siedzi nie zawsze pomaga, bo nie rozwiazuje problemu, tylko ktos inny o tym wie – wiec jesli chcecie zyc, rozwiazcie problem, a jesli to niemozliwe (jak u mnie) … no coz, ja dalej walcze i jakas czesc mnie ma nadzieje. to uczucie skonczenia ze soba przychodzi falami i bywa tak intensywne, tak pociagajace, tak jakbym nagle MUSIALA napic sie wody, potwornie trudno sie temu oprzec. wy pewnie tez tak sie czujecie…

  • zmarzluch napisał(a) dnia 16 marca, 2010, 12:27

    Polecam fajny artykuł pt: „Samobójstwo – ucieczka przed światem czy wołanie o pomoc?” jest to rozmowa z prof Brunonem Hołystem – polskim prawnik, prof. zw. dr hab. nauk prawnych o specjalności kryminalistyka, kryminologia, profilaktyka społeczna, suicydologia, wiktymologia i terroryzm.

    http://www.national-geographic.pl/artykuly/pokaz/samobojstwo-ucieczka-przed-swiatem-czy-wolanie-o-pomoc/

  • e napisał(a) dnia 30 kwietnia, 2010, 21:29

    Wątpliwości mogą miec osoby młode.. a co dalej zrobić, jeśli się okazuje w wieku lat 48,że całe życie nie ma sensu. Sory, nie całe życie – dalsze życie.Wewnętrznie czuje się młoda- noga na nogę i blues, ale na pysku znamię lat. Jednak nie o to chodzi., ważne,że bilans jest ujemny. Żadnych, kurczę, dokonań, marzenia na śmietnik, sukcesy zawodowe – diabła warte, wszystkie decyzje – błędne. Czy jest ktoś/coś co może mnie przekonać, że warto dalej……..? Aha,proszę bez modlitwy, nie wierzę.

  • Gonia napisał(a) dnia 6 maja, 2010, 12:21

    http://www.chcesiezabic.pl strona osoby, ktora pomaga nie popełnic samobojsywo, ale zyc. pozdrawiam

  • magnolia3214 napisał(a) dnia 26 maja, 2010, 17:14

    Faktycznie czasem życie tak doskwiera że sie ma dosyć.Nie powoduje takich myśli jedno niepowodzenie ale ich kumulacja trwajaca latami.Ja jestem samotna z dwojgiem dzieci ale już nie wyrabiam.Straciłam właśnie prace,rozstałam sie z mężem, teraz zostawił mnie człowiek którego kochałam ,wiele poświęciłam dla niego.Nie mam już siły walczyć z całym swiatem.Do tej pory przy życiu trzymał mnie mój 7 letni synek ale powoli to dziecko już nie jest wstanie.Jestem ze wszystkim sama pracy znależć nie moge,jak umre to dzieci chociaz rętę będą miały i może ojciec sie nimi zajmie,czasem Bóg zsyła cierpienia ponad siły i nie da sie ich pokonać

  • NN napisał(a) dnia 27 maja, 2010, 23:25

    Ciekawy artykuł, jednak za krótki, co do samobójstw to wydaje mi się,że niektórzy są już nim naznaczeni, to się czuje w sobie że to kiedyś nastąpi, rozwija się pomału jak nowotwór…to są etapy.Sam w sobie to nosze od bardzo dawna, mimo że mam już 29lat,czuję się niespelniony w zyciu, zawodowo, nawet osoba z którą jestem już mnie nie cieszy i chyba juz jej nie kocham,ale z drugiej strony nie potrafie być ze soba sam na sam i nie mieć nic do wykonania.
    Jest we mnie wiele sprzeczności, uważam też że farmakologiczne leczenie ma jakiś dobry wpływ na walke ze swymi lękami. Mnie trochę pomogło ale ostatnio znowu coś mnie dopada,pozdrawiam was wszystkich.

  • do wszystkich napisał(a) dnia 3 czerwca, 2010, 14:58

    DO WSZYSTKICH OSÓB, KTÓRE PISZĄ, ŻE MAJĄ ZAPLANOWANĄ SWOJĄ ŚMIERĆ, ALBO MYŚLĄ O SAMOBÓJSTWIE. PO PIERWSZE :

    – POMYŚLCIE O SOBIE, O TYM CO WAS INTERESUJE, ZAJMNIJCIE SIĘ TYM. zACZNIJCIE TAŃCZYĆ, ŚPIEWAĆ, CHODZIĆ NA DŁUGIE SPACERY, BIEGAĆ, KUPCIE SOBIE MALUTKIE STWORZENIE, KTÓRYM SIĘ ZAOPIEKUJECIE.

    -POMYŚLCIE O RODZINIE, KTORA WAS KOCHA, POTRZEBUJE, O ZNAJOMYCH, KTÓRZY CHĘTNIE POMOGĄ

    - WARTO POPROSIĆ O POMOC!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

    -ŻYCIE TO NIE TYLKO PROBLEMY, OD KTÓRYCH SIĘ UCIEKA, ŻYCIE TO WYZWANIE, TRZEBA STAWIĆ MU CZOŁO I WYGRAĆ!!

    - LUDZIE MAJĄ WIELE PROBLEMÓW, CHOROBA , BRAK PIENIĘDZY ITD, ALE CZY KAŻDY Z NICH ODBIERA SOBIE ŻYCIE?? WALCZĄ O TO ABY GODNIE ŻYĆ

    - CHŁOPAK ALKOHOLIK?? ALBO ZACZNIE SIĘ LECZYĆ, ALBO ZNISZCZY CI „EUROPO” ŻYCIE….MOŻESZ POPROSIĆ KOLEŻANKĘ, ŻEBY Z TOBĄ ZAMIESZKAŁA. JEST NA PEWNO KILKA SPOSOBÓW NA TO ABY SOBIE Z TYM PORADZIĆ, NA PEWNO JESTEŚ W STANIE COŚ WYMYŚLIĆ. MOŻNA SPAĆ PRZY ZAPALONYM ŚWIETLE.

    -pAPROTKO I STOKROTKO-> JESTESCIE NA DOBREJ DRODZE, ABY TE MYŚLI ODESZŁY, NAPISAŁYŚCIE TUTAJ, CHCECIE ABY TE MYŚLI ODESZŁY,MACIE NADZIEJE. MAM NADZIEJE, ZE ZNAJDZIECIE LEPSZEGO PSYCHOLOGA, KTORY Z WAMI POROZMAWIA W 4 OCZY. JA RADZE WAM WZIAC DŁUGOPIS I KARTKE,POCZYM WYPISAC NA NIEJ SWOJE DOBRE CECHY, TO CO DOBREGO INNI MOWIA O WAS. NA PEWNO JESTESCIE W STANIE WYPISAC DUZO.WIERZE W TO. NA PEWNO JESTESCIE WRAZLIWYMI, DOBRYMI I MADRYMI OSOBAMI. NA PEWNO JESTESCIE ODPOWIEDZIALNE I CHCECIE BYC SZCZESLIWYMI OSOBAMI. TO JUZ KILKA CECH KTORE MOZECIE WYPISAC.

    - PAMIETAJCIE, KAŻDY MA PRAWO DO SZCZĘŚCIA!! A SZCZESCIEM JEST JUŻ ŻYCIE!! JEST RODZINA, MŁOŚĆ, KAŻDY Z NAS MA SZCZESCIE, JEŚLI SAM MOŻE PODEJMOWAĆ DECYZJE. POKOCHAJCIE SIEBIE I SWOJE ZYCIE. NIE MUSI BYĆ ONO IDEALNE, WAŻNE ŻEBY BYŁO.

  • Before I die napisał(a) dnia 4 czerwca, 2010, 1:17

    Po przeczytaniu tego artykułu, zdałem sobie sprawę że mam duży problem z którym nie poradzę sobie w łatwy sposób. Od dłuższego czasu myślę o samobójstwie, ostatnio bardzo intensywnie ponieważ moje dotychczasowe problemy wyjaśnił y się na moją niekorzyść. Nigdy nie myślałem że na będę planował swoją śmierć i będzie mi to przynosić ulgę. Mam dla kogo żyć, zdaję sprawę że bliscy przeżyją to bardzo dotkliwie, w dużym stopniu powstrzymuję mnie to od ostatecznego decyzji. Boję się śmierci, szanuje te osoby które miały odwagę ze popełnić samobójstwo, myślę że jest na tyle silna że graniczy z zmianą siebie i naprawą swojego życia. Ja ciągle się waham, próbuje walczyć, delektuje się dobrymi chwilami, wyciągam wnioski, żyję konsekwentnie mimo to popadam w coraz to gorszy dół. Codziennie czuję lęk i strach, męczę się, czuję potworne zmęczenie, nie mogę spać, udało mi się pokonać ból fizyczny – czułem taki beton w klatce piersiowej, teraz powoli znika. Ciągły niepokój, totalny bezsens, obwinianie się, wśród kilku przyjaciół i wielu znajomych, kobiecie która mnie kochała, zostałem sam i właśnie pustka to określenie tego co teraz odczuwam. Wiele razy myślałem że to czyste fantazje, teraz czuję że mógłbym to zrobić. Boję się, bo przecież trzeba sobie zadać spory ból, trzeba zawieść rodziców i wyrządzić im krzywdę, trzeba pewnej organizacji żeby tego dokonać, samo napisanie listu pożegnalnego z pozoru nie jest takie łatwe. W dodatku nie jest to ciągle jednoznaczne uczucie, są momenty w których czuję że moje życie może być jeszcze udane, tylko że jest ich niewiele i tak jak często myślę o śmierci tak i to piękno życia uznaje za złudzenie. Nigdy nie byłem tak wypalony wewnętrznie i tak samotny. to co piszę to pewnie takie sos dla innych, próba zwrócenia uwagi na siebie, trochę się tym brzydzę. Nie wiem po co to piszę, osoba którą chciałbym żeby to zainteresowało, nie chcę mnie znać a ja nie chcę zepsuć jej życia, swoje już dawno zepsułem. Ta świadomość że nie mam wpływu na to co się stanie, że nie cofnę przeszłości jest koszmarem każdego dnia. Przestrzegam wszystkich żeby dbali o swoje życie i pielęgnowali w sobie to co dobre, póki macie do czego wracać, choćby to były jakieś małe dla innych nieistotne sprawy sprawy.

  • magnolia3214 napisał(a) dnia 4 czerwca, 2010, 19:58

    Ja ostatnio czuje okropny bezsens mojego życia.Mimo że są obok moje dzieci i je kocham ale nie potrafie sie nimi cieszyć.Nie mam siły wyjść z synem na plac zabaw.Ciągle szukam pracy ale stale słysze nic nie mamy dla pani!!!!!!Po prostu ogarnia mnie strach przed dniem jutrzejszym i tym co dalej.Osoba którą kocham jest bardzo daleko i widze ja raz w miesiącu,pozostaje tylko skype i smsy.To jednak nie wystarcza chyba w obecnym moim stanie bo na codzień borykam sie ze wszystkim sama.Pomyślałam że jak sie zabije moje dzieci będą miały przynajmniej godziwy byt bo dostaną rentę po mnie a mój były mąż jest związany z kobietą więc może ona zapewni im ciepło i miłość.Jestem beznadziejna w każdym aspekcie,po co dzieciom taki nieudolny pasożyt jak ja,zabieram tylko miejsce na ziemi.Coraz częściej myśle o tym aby sie zabić by moim dzieciom żyło sie lepiej.Zastanawiam sie tylko nad czasem odpowiednim i metodą by nie bolało.Napewno to wkrótce nastąpi bo zbieram sie na odwage……….

  • Klara napisał(a) dnia 8 czerwca, 2010, 23:18

    Magnolio, czy rozmawiałaś z kimś o swoich problemach? Z kimś, kto byłby w stanie Ci pomóc, wesprzeć w tych trudnych chwilach? Kiedy czytam te komentarze to uderza w nich fakt, że bardzo wielu ludzi ma myśli samobójcze. Radzimy sobie z nimi na własną rękę a może warto by było komuś się zwierzyć, jakiejś bliskiej osobie lub komuś kto budzi zaufanie. Mi swego czasu to bardzo pomogło. Szczera rozmowa nie zlikwiduje problemów ale sprawi, że przynajmniej człowiek nie będzie się czuł osamotniony w swoim cierpieniu. Może warto dać sobie jeszcze trochę czasu, spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy? To taka moja sugestia dla osób wypowiadających się w tym temacie i dla wszystkich, których problem dotyczy. Mamy wolną wolę i tylko od nas zależy jak wykorzystamy czas na tym świecie. Zdaję sobie sprawę, że stojąc przed wyborem: żyć i się męczyć lub umrzeć i nie zmagać się już więcej z problemami człowiek znajduje się jak między młotem a kowadłem. Życie wymaga tak wielu wyrzeczeń, wysiłku a śmierć tylko chwilowego impulsu do działania. Czy jednak warto samemu wychodzić na spotkanie śmierci? Przecież ona i tak kiedyś przyjdzie do nas sama.
    Jest pewna bardzo mądra, książka „Noc szybko nadchodzi”- Kay Redfield Jamison -polecam wszystkim serdecznie. Po jej przeczytaniu wiele zrozumiałam.

  • Darek napisał(a) dnia 20 czerwca, 2010, 1:37

    Witam. Z artykulu wynika, ze jestem praktycznie krok od smierci. Naprawde dziwne uczucie, czuje sie jakbym pokonal wszystkie levele w jakiejs grze zwanej „proba przetrwania”. Czesc komentarzy dala mi do zrozumienia, ze to co odczuwam nie zalezy od wyksztalcenia, wieku, pracy, ilosci posiadanych pieniedzy, zlego dziecinstwa czy dzieci. Kazdy czlowiek ma jakies swoje wieksze lub mniejsze problemy ale skad sie bierze ta niechec do zycia ?

    Aktualnie 24 lata, zero obowiazkow, utrzymuje mnie rodzina, a jedynym problemem jestem ja. Byla kobieta, byla praca, dom, kilkukrotna proba podjecia dalszej edukacji ale wszystko na marne, bo zawsze majac to konczylo sie tak samo na beznadziejnym uczuciu, ze nie chce tak zyc. Ostatnio sie zastanawialem „a moze sprobowac raz jeszcze, spotykac sie z ludzmi, poznac kogos i jak pojawia sie dzieci to nadadza mi jakis sens, droge, kierunek” ale juz widze, ze skonczy sie tak samo. Nie mam juz sil na to. Mysle racjonalnie i jestem realista, a do tego do bolu tolerancyjny, bez wiekszego problemu potrafie nawiazac kontakt z ludzmi bedac poprostu szczerym.

    Lata mijaja, a by usnac to ciagle fantazjuje o wlasnej smierci, a takze o bliskich mi jeszcze osobach co mnie doprowadza do placzu, a przy tym sprawia jakas dziwna przyjemnosc i nie moge sie juz tego pozbyc, ciagnie sie to juz za dlugo. Psycholodzy, psychiatrzy… po kilku wizytach zwatpilem w ich kompetencje i w te wszystkie oglupiajace mnie leki.

    Zastanawialem sie ostatnio, ze jedyne co mam z zycia i wiem, ze nikt mi tego nie zabierze to moje blizny, wszystko inne jakis czlowiek moze zniszczyc, nawet ten wewnetrny glos ktory kazdy z nas posiada mozna zmianipulowac, pamiec stracic itd. ale blizny zawsze beda mowily, ze cos jest nie tak i nikt ich nie „zmyje”

    Co ja tutaj jeszcze robie ? Sam nie wiem. Budzac sie kazdego dnia wmawiam sobie, ze to kolejny nowy dzien, nowe przemyslenia, jakies mozliwosci ! Swietny sposob na przedluzenie tej agonii, no ale zyje, takie zycie z dnia na dzien na wielkiej hustawce. Totalnie zniechecony i tak jakby juz nic nie moglo mnie zaskoczyc, ale raz na jakis czas znajdzie sie ktos z kim moge porozmawiac, tak szczerze i na poczatku bezinteresownie, no ale nic nie trwa wiecznie.

    Rozpisalem sie, rzadko to robie, nie udzielam sie praktycznie w ogole na forach itp. Milo slyszec, ze sa ludzie ktorzy czuja sie tak samo i pisza o tym, ale nawet najwiekszemu wrogowi nie zyczylbym by przez cos takiego przechodzil.

    Pozdrawiam i zycze kazdemu z Was znalezienia w zyciu tego, czego nie mogli znalezc ci ktorzy szukali, a nie znalezli.

  • anna napisał(a) dnia 22 czerwca, 2010, 2:55

    Witam Po przeczytaniu artykulu powiem o sobie tak : Na niczym mi nie zależy Nie radze sobie z życiem Stoję w miejscu Wciaz czuje jakbym byla w pulapce. Nic mi nie wychodzi jak powinno Czuje sie beznadziejnie Nie mam po co rano sie budzić Unikam kontaktow z innymi ludzmi Wciąż jakby uciekam, staje sie niewidzialna Nie jestem w stanie wykonać takich najprostrzych rzeczy jak sprzątanie mieszkania Zaraz czuję jak siły ze mnie spływają Kurcze Ja już przeszlam te stany z samobojstwem ale po co bym miala to zrobić To nic nie da Tylko stworze problemy dla mojego otoczenia Pogodzilam sie juz z tym ze nie ma dla mnie niczego milego dobrego Wpadlam w anoreksję (i o dziwo dobrze sie w niej czulam – na jakiś czas) ale już z niej sie podnioslam Ludzie źle oceniają takich jak ja Po prostu po co komentować Ja sobie zyje w tym dziwnym świecie i niech to nikogo nie obchodzi Jaki cel w dokladaniu mi mowiąc ze jestem „znudzona leniwa” To okropne Nie jestem Nie mam czym byc znudzona Ja tylko nie mam sily na życie Boje sie go A pragnęlabym coś w sobie naprawić ale nie potrafie Zapadalam sie w sobie z roku na rok Nie wiem wlasciwie co mi jest ale pozytywne to nie jest a męczące i beznadziejne jak wszystko Mam 24 lata Moj stan utrzymuje sie od wielu lat Z tym że czasem jest lżej a innym razem chcialabym wtopić sie w ścianę Jesli ktoś tu też ma depresje czy coś w tym rodzaju Nigdy w zyciu nie rozmawialam z drugą osobą dotknitą takimi przykrymi doznaniami : gg 9051752

  • Moje pierwsze samobójstwo (before I die) napisał(a) dnia 6 lipca, 2010, 22:54

    Od pewnego czasu obserwuje posty które się tu pojawiają, z dużym zainteresowaniem czytam i porównuje je do mojej sytuacji. Nie potrafię ocenić ile czasu mi zostało i kiedy nastąpi moment w którym zdecyduję się zabić. Chciałbym być kimś innym niż jestem, chciałbym potrafić cieszyć się życiem, chciałbym żeby problem samobójstwa nie dotyczył właśnie właśnie mnie. Kilka razy podejmowałem różne plany, które miały na celu odmienić moje życie. Były momenty lepsze i gorsze, próbowałem, starałem się, podejmowałem wyzwania – mniejsze, większe – niestety każda próba ostatecznie kończyła się klęską, jak i teraz. Żyłem dużą nadzieją że uda mi się z pewną kobietą, dużo dla niej poświeciłem, jest miłością mojego życia ale wiem że nie będziemy już razem nigdy. Zepsułem wszystko co mogłem, spaliłem wszystkie mosty, nie widzę żadnego wyjścia. Nie mogę spać, z małymi przerwaniu ból przy każdym oddechu, na co dzień silny stres, lęk, poranne koszmary. Wszystko czego się dotknę idzie na dno, za każdym razem ludzie dają mi do zrozumienia gdzie jestem. Ogarnia mnie apatia i samotność, wszystkiego się zaczynam bać do tego stopnia że śmierć wydaje mi się wolnością

  • anna napisał(a) dnia 8 lipca, 2010, 13:39

    Spożywam jako takie posilki, wychodze z psem, do sklepu, robie zakupy na pare dni a przecież nie wiem czy jutro wlasnie nadejdzie ten sygnał wewnątrz mnie ze mogę się już kompletnie uwolnić od życia, chodze spać… i mam nadzieje ze się nie obudze ani razu wiecej.
    Jednak wstaje i znów całe mechaniczne czynności jak co dzień.
    Myslenie czy rozmawianie o swojej samobójczej śmierci jest dla mnie normalne. Czasem łamie mi się głos, mysli się wyrywają ale to raczej jedyna metoda by uciec. Jestem bezradna.
    Co mam dzis zrobić? Gdy nie mam gdzie isc do kogo po co. Jestem ludziom kompletnie zbędna. Kupilam czajnik elektryczny siostrze do domu a ona zaraz że jej źle kolor wybrałam. Niby nic. Niby płytkie. Jednak nawet koloru nie potrafie odpowiedniego wybrać. Nawet ten kolor się jej nie podobał a przecież to jest prezent Kurrrrrwa
    Prawde mowiąc nie mam sily się dzis zabić. Jakkolwiek to brzmi. Mam to gdzieś.
    Zle ze mną jest od wielu lat jednak teraz jest zupełnie bez sensu. Może nie jestem stara lecz czas umierac Moje misje których się podjęłam zostaną nieukończone bo chyba takie ich przeznaczenie było bym ja je spierdoliła. Niewiele po sobie zostawie. Nieprzyjemne wspomnienia. Sama bym tak siebie wspominała. Z niechęcią. Jestem pewna ze ludzie z którymi mialam styczność wcale nie odczują mojej nieobecności w złych aspektach. Ulga dla wszystkich.
    Tylko ta wewnętrzna i ostatnia blokada we mnie. Ten szept niesłyszalny że nie dam rady targnąc się na swoje życie. Pozegnalam się już ze swiatem prawie. Bo nie wiem jak to zrobić tak bym wiedziała ze się rzeczywiście pożegnałam. To nie jest dla swiata to zegnanie a dla mnie. To mi uswiadamia jeszcze bardziej ze nawet szczególnie nie mam się z kim czym pożegnać. Czuję wstyd ze utrzymywałam się przy zyciu tyle baznadziejnych lat. Jak debilka. Bezcelowo. Zabieralam ludziom oddech, jedzenie, miejsce na chodniku, miejsce w kolejce do kasy, siedzenie w autobusie…
    Może i bym mogla tak dalej w tym tkwić ale bezrobocie totalnie zwaliło mnie z nóg. Nie ma pracy dla mnie. Jak jest to szkoda gadać. Po prostu praca prawie za darmo i nie wiadomo czy szef zapłaci laskawie. A ja się z tego nie utrzymam ludzie!!! No jak?! KURFA JAK Dlaczego mam się czuc jak ścierwo.
    Zastanawialam się czego szkoda by mi było zostawić tu na ziemi. To są proste rzeczy muzyka film zieleń wiosny lata ciepło słońca mój pies(właściwie mojej siostry) Nic wiecej. Aaaa rodzina? Nie kochają mnie (?) i będzie im lepiej gdy się sama siebie pozbęde. Nie chce nikomu sobą Glowy zawracac. Nie powinnam sie wogole narodzić. To był błąd. Kto powiedział ze każdy musi zyc ? Nie można chcieć umrzec, odebrac sobie zycia, przerwac swój indywidualny koszmar.
    Marzylam niegdyś. Mialam jakąs nadzieje ale wszystko czego się dotknę idzie na dno. Zwyczajnie. Nikt mi nic nie powierza bo wiadomo. Albo klątwa albo co. Nie mogę znieść tego ze się staram a wychodzi gowno. Jestem perfekcjonistką i naprawde się staram jak już cos robie. Dlatego nie wiem czemu nic mi sienie udało w zyciu.
    Ucieklam od ludzi. Nie mam z nimi dobrego kontaktu. Wiem ze jestem wybrakowana i gorsza. Ze nie powinnam im psuć ich pojebanych poukładanych żyć. Są jacy są i nic mi do tego.
    Śmierc interpretuje tak pozytywnie do tego stopnia ze gdy slysze ze ktos umarł to mu gratuluję w głębi duszy. Ze się wyrwal i mogl uciec. Nawet jak sam chciał jeszcze zyc to ja wiem ze wyszlo mu to na dobre. Skonczyly się tutejsze problemy, zmartwienia, cokolwiek zlego i wrogiego, wszystko co sprawia ból, prowokuje łzy. Koniec ze zlymi ludzmi, psychicznymi sytuacjami, papa beznadziejo, bezsensie istnienia. Pocaluj mnie w dupsko ohydny swiecie i parszywi ludzie gównozjady. Wasze fałszywe uśmiechy są warte mojego pierdnięcia. Nikomu już nie musze starac się zaufać, nie wiem, nie mam świadomości, być może śpie. Wkazdym razie coś zrobiłam, to jest po prostu nastepny krok w drodze nie wiadomo gdzie. Umiera każdy wiec dlaczego ja nie mogę teraz, lub w chwilii gdy poczuję ze muszę. Dlaczego zaraz ubezwłasnowolnienie, przytwierdzenie do łuzka, psychotropy. Traktowanie człowieka jak co? Worka z zawartością – życie. Z którego pod zadnym pozorem nie można go wylać. To wy debile jesteście wariatami zamkniete umysły. Powinno się pomagac takim ludziom by osiągnęli swój ostatni cel z godnością.
    Nie wiem co po śmierci jest ale sama śmierć to musi być szczescie. Ta malutka chwila. Czuję ze nic zlego mnie w niej już nie zadusi. Co potem? Może coś gorszego? A da się gorzej? Pewnie tak… Moze uciekne z jednego koszmaru w następny…
    Nie czcze zadnego boga ani nie jestem przeciwko religiom. Jak komus trzeba to bardzo proszę. Mnie cale zycie zmuszano to chrzescijanstwa. Wypelnilam odpowiednie sakramenty. Ale nie wierze w to, nie podoba mi sie to spojreznie na świat. To ogłupienie. W każdym razie wiem ze nic nie wiem. Moze bede przeklęta przez to. Ale nie umiem tak.
    Nie wytrzymam już tego stanu więcej. Zrozumialam ze tak musi być.
    Najgorsze wlasnie ze ja sama musze to zrobić. Swoimi rekami. Posłuchac swojej woli. I wiem ze to nieodwracalne, że nie będzie korekty ani delete. Jedynie wieczne ESCAPE.
    A jeszcze taka sprawa: JA CHCE ŻYĆ !!!!! (ale nie tak) Szkoda że ma na ziemi nikogo, niczego co może mnie zawrocic z tej drogi nim skoczę w przezpaść. Nikt mnie nie uratuje! Jakie to smutne. Popierdolone. Powiedz sam/a ze to godne uśmiania. Wiem ze jestem śmieszna, żałosna, miotam się między myslami.
    Podobnie jak TY?

    ps pisalam tu juz wczesniej ale wciąż sie szarpię z myslami i zamiarami dlatego piszę ponownie i nie wiem po co.

  • aga napisał(a) dnia 12 lipca, 2010, 14:50

    Czytam Wasze posty i Wasze uczucia, to co dzieje sie w psychice są takie podobne do moich. Nie mam już siły po prostu. Mam 28 lat a nie mam nic, po prostu mnie już nie ma. Dziś jest w ogóle tragicznie, siedzę i ryczę. Dzwonił telefon, może ktoś z zaproszeniem na rozmowę kwalifikaacyjną. Nie odebrałam, nie chcę mi sie nigdie iść, po prostu rzygać mi sie chce jak pomyśle, że musiałabym znowu udawwać normalną wesołą osobę, którą nie jestem, udawać , że chcę pracować, kiedy nie chce nawet żyć. szkoda głowę zawracać.

    wiem, że nie ma dla mnie miejsca na świecie, nie wiem po co sie tu męczę…

  • Wojtek napisał(a) dnia 16 lipca, 2010, 2:24

    Aniu, Ago i inni,

    Dajcie sobie szansę i pójdźcie do psychologa i/lub psychiatry. Choćby po to, aby nie móc zarzucić sobie, że nie zrobiło się wszystkiego co w naszej mocy.
    Ja od 2 lat walczę z depresją z pomocą lekarstw i psychologa – leczę się i jakoś sobie radzę choć jest mi trudno i czasem dopadają mnie myśli samobójcze ale głównie z powodu beznadziejnych wyników w „wyścigu szczurów” i nadziei na lepszy wynik :) Gdybym miał dobrą pracę, partnera, przyjaciół to pewnie zniknęła by i depresja, która wynika z bezsilności i nieporadności. Chyba u Was jest podobnie, Aniu, Ago? To chyba nie depresja lecz nieumiejętność konstruktywnego radzenia sobie z problemami i wyolbrzymianie ich? Doskonale to rozumiem, bo to sam mam.
    Ja bym radził przeczekać okres burzy i smutku, rozpocząć leczenie i spokojnie poczekać na nadejście weselszych czasów :)

    Trzymam kciuki! Głowa do góry!

    Wojtek

  • aga napisał(a) dnia 20 lipca, 2010, 18:39

    Wojtku, w znacznym stopniu trafnie nazwałeś moje problemy – bezsilność, nieporadność, nieumiejętność radzenia sobie z problemami. Tylko, że ja sobie zdaje z tego sprawe i nie jest mi od tego lepiej. Niczego też nie wyolbrzymiam

    Przeczekać okres smutku próbuję od ponad 10 lat i ciągle nic… Wiem, że nic dobrego już się nie wydarzy.

    U psychologa byłam, chociaż bardziej z problemem fobii społecznej, tak przynajmniej powiedziałam na wizycie (w sumie u mnie się to nierozerwalnie wiąże z depresją). Po 2 spotkaniu zrezygnowałam, bo stwierdziłam, że nic mi to nie da-takie gadanie. Za dużo czasu to trwa, ta moja fobia, za bardzo mnie zniszczyło. Jakakolwiek zmiana wymagałaby ode mnie ogromnej pracy nad sobą, wszystko musiałoby się zmienic, a ja nie mam na to siły, nie mam po co, nie mam dla kogo. To jest chyba najgorsze – nie mam dla kogo walczyć.

    To tyle o mnie…

  • magda napisał(a) dnia 22 lipca, 2010, 23:12

    Anno, pięknie to napisałaś. Dokładnie oddałaś tok również  moich myśli. 

  • lalallalala napisał(a) dnia 24 lipca, 2010, 16:06

    ostatni rok był dla mnie bardzo ciężki. Koniec szkoły, mnóstwo obowiązków. Straciłam cudowną przyjaciółkę i dawną paczkę znajomych przez wlasny egoizm i ciekawosc wpadłam w nowe towarzystwo – zajebiscie nudnych i wkurw snobow, lalusiow, dumnych i uwazajacych sie za niewiadomo kogo ludzi, zupelnie innych niz ja, z innymi planami, marzeniami, poczuciem humoru. Myslalam ze zeswiruje. Wiele razy probowalam się odciac i zostac sama znalezzc kogos z kim bede mogla normalnie porozmawiac o zyciu a nie o tym ile kosztowala jakas tam jebana sukienka. ale moja dobra kumpela ( ta dla ktorej porzucilam dawny styl zycia i dawnych przyjacol) mowila, że to ostatni rok.. zebym wytrzymala… zebym sie z nimi nie klocila bo to bez sensu robic niepryjemna atmosfere.. ze moge na nich liczyc.. i ze tworzymy paaczke.. Taaa tyle ze ona do nich pasowala.. ja nie. Po jakims czasie przejelam ich sposob bycia. Wyssali ze mnie energie. nie mialam na nic sily i ochoty. Jestem osobą spontaniczną, a oni zachowywali sie jakby mieli 50 lat. Czulam sie niesamowicie samotna i nierozumiana.. do tego mnostwo pracy w szkole.. klotnie z jakimis frajerami i ciagle upokorzenia, stracilam pewnosc siebie i dawna sile.. nie czulam sie dobrze taka jaka jestem.. nie akceptowalam nowej siebie. Na szczescie przyszedl czerwiec i uwolnilam sie!!! Potrzebowalam dwoch tygodni tptalnej samotnosci i odizolowania aby wreszcie poczuc ze zyje… czuje sie teraz zajebiscie. mimo ze samotna.. ze stracilam wiele ale jestem soba!! NIE jestem taka jak one .. czuje sie szczesliwa.. przestaly mnie przytlaczac.. nie odzywam sie do nich juz od miesiaca.. jedynie od czasu do czasu pisze z tamta kumpela, bo duzo razem przeszlysmy i wiemy o sobie wszystko, ale to koniec :D nawet bole brzucha mi przeszly.. teraz nie zamierzam juz szukac zadnych znajomych. dobrze mi tak.

  • Krzysztof napisał(a) dnia 28 lipca, 2010, 12:39

    Czuję straszny bezsens życia, mimo iż mam dzieci one nie są obok mnie, nie umiem się cieszyć ich miłością. Osoba, która kocham jest daleko, często dochodzi do kłótni i czuję niezrozumienie moich problemów czasami. Niezrozumienie z własnymi rodzicami, brak zainteresowania moimi problemami, a tu w jednym tygodniu utrata stanowiska, coraz większe długi którym nie można podołać i nagle problemy mieszkaniowe, wizja tego iż być może jeszcze nie będę miał gdzie mieszkać. Tracę siły na życie, skrzętnie planując swoje samobójstwo z najdrobniejszymi szczegółami. Zbieram się na odwagę. Jestem nieudolny jak pasożyt, człowiek, któremu w życiu nic nie wychodzi dobrze a czego się tyka to spieprzy. Proszę Boga by mnie wziął do siebie.

  • pustka napisał(a) dnia 31 lipca, 2010, 20:44

    czytam wszystkie Wasze posty, nie przerażają mnie … czemu? a z tej właśnie przyczyny- niedawno straciłam Mamę , mam zaledwie i aż 22lata… ja Ją znalazłam, napiszę tylko tyle przed każdą TAKĄ myślą zastanówcie się jaką krzywdę robicie tym co pozostają i ile po tym zdarzeniu zostanie z nich samych a ile im zabierzecie bezpowrotnie! Jeśli nie myślicie o sobie pomyślcie chociaż o rodzinach znajomych , ludziach którzy Was lubią, kochają chociaż może czasami tego nie okazują.

  • pustka napisał(a) dnia 31 lipca, 2010, 21:04

    Jeśli ktoś nadal ma wątpliwości czy nadal żyć i dla kogo, lub wątpliwości czy bliscy odczują śmierć niech napisze gdyż ja jestem młodym dowodem na to ile z człowieka pozostaje po przeżyciu takiej tragedii gdyż niestety nie jest to śmierć naturalna i nie jest się łatwo z nią pogodzić tym bardziej gdy mieszka się w tym domu gdzie stało się to zdarzenie… i uwierzcie mi że nie ma nic gorszego żadne problemy ze sobą , żadne problemy finansowe, żadne rozstania nie są gorsze od śmierci bliskiej osoby czemu? bo na wszystko inne mamy wpływ… życze Wszystkim to obecnym więcej wiary w siebie i w ludzi bo warto … naprawdę.

  • Kasia napisał(a) dnia 7 sierpnia, 2010, 1:45

    Ale jakie macie konkretne problemy by si zabijac? bezsens zycia to dla mnie za malo.
    ja kiedys myslalam o smierci(teraz troche przeszlo, bo moje zycie sie zmienilo)bo po prostu mialam problemy we wszystkich dziedzinach zycia : w milosci, w przyjazni, otoczeniu, w rodzinie, w szkole i jeszcze czulam sie niespelniona w kwestii moich marzen.

    nie mialam wsparcia z zadnej strony, chociaz niektorzy widzieli ze jest coraz gorzej – ale nie robili nic. rodzice bagatelizowali moje problemy, ludzi dookola nic nie obchodzilam, nie mialam zadnych przyjaciol, a jeszcze śmiali sie ze mnie tylko. bylam zupelnie sama, wiec sie zalamalam, bo naprawde nie moglam na nikogo liczyc- wracalam do domu i zamykalam sie w pokoju, plakalam, swiat mnie odrzucil po prostu.. i nadal odrzuca..

    potem tak sie zlozylo, ze kilka osob w mojej rodzinie zmarlo, po kolei. takie przezycie sprawilo, ze mialam dosc smierci. jakos nie zabilam sie tez dlatego, bo mialam nadzieje, ze pewnego dnia bedzie lepiej, cos sie zmieni. faktycznie, jest teraz troche lepiej..

    mysle ze warto zyc nawet byle jak, nawet najbardziej beznadziejnie. jak bedzie zle, mozna myslec o smierci, ale warto spobowac przetrwac, bo zabic sie mozna zawsze. a moze cos sie zmieni. nawet, tak jak u mnie, po wielu latach.

  • Moje pierwsze samobójstwo (before I die) napisał(a) dnia 26 sierpnia, 2010, 23:46

    Myślę że każde myśl samobójstwo, to jedna osobista tragedia. Każdy ma swój konkretny powód, często polega to na tym że jest to przyczyna dla innych niezrozumiała i mało czytelna. Wiele osób cierpi do tego stopnia że jedyną formą walki z tym jest śmierć. To czysta paranoja, depresja, strach doprowadza do tej wewnętrznej pętli. Mogę mówić o sobie więc powiem tak: póki co nie jestem gotowy żeby się zabić, moim motywem jest strata ukochanej osoby, strata zaufania do ludzi i w związku z tym brak perspektyw na przyszłość. Najbardziej jednak determinuje mnie to do tego pragnienie zemsty, wizja spokoju , marzenie o rozpłynięciu się, zniknięciu, pozbyciem się strachu który towarzyszy mi przez całe dni. Ciężko to opisać ale myślę że nikt nie planuje samobójstwa, jest to zbieg pewnych złych czynników społecznych na jednej osobie, naturalna słabość tej osoby – często potężna wrażliwość która potęguje ból i problemy. To ciągła matnia i wracanie zawsze do tego samego miejsca, to często alkoholizm, uczucie bycia wykorzystanym przez innych. Wiele osób kryje sobie straszne historie których nie potrafią udźwignąć w żaden sposób. Ciężko to zrozumieć, bo sam często się zastanawiam się czemu chcę umrzeć, czemu takie myśli przynoszą mi ulgę i radość? Dlaczego nie walczę jak inni o swoje życie tylko zostawiam je na pastwę losu? Nie wiem, nie byłem zawsze taki jak teraz. Wszystko w życiu ma swój czas, przegapisz kilka razy ten czas, nie wykorzystasz kilku dobrych sytuacji i możesz sobie sam podziękować. Każdy jest kowalem własnego losu, więc można starać się polepszać swoje życie, małymi kroczkami ale zawsze. Ja życzę wszystkim dobrych wyborów, proszę uwierzcie w siebie, czasami warto trwać nawet byle jak. Czasami trzeba przeczekać cały ten syf który nas otacza, może dla kogoś to będzie jakaś rada, dla mnie nie ma już dobrych rad żyje z dnia na dzień z cichą nadzieją że jeszcze sobie poradzę ale wiem że przeszedłem już pewną granice od której nie ma powrotu.

  • asia napisał(a) dnia 12 września, 2010, 9:37

    Moja siostra popelnila samobojstwo udalo sie jej bo nie chciala nikogo wystraszyc tylko chciala serdecznie odejsc z gownianego swiat. mysle zeby zrobic tak jak ona ale i tu byla lepsza ja nie mam tyle odwagi szkoda mi dziecka zostawic tu jest zle moze marta pomoze mi stad odejsc przeciez zawsze mi pomagala

  • malutkiestworzenie napisał(a) dnia 13 września, 2010, 19:52

    „kupcie sobie malutkie stworzenie”…gdybym wiedziała, jaka kula u nogi tomalutkie stworzenie będzie, to bym nie brała. ja się zabije, a ono umrze z głodu. myslałam, zeby i jemu osczędzić cierpien, ale to stworzenie umierac nie chce, jkie mam prawo za nie decydowac, kółko się zamyka, chyba dam ogloszenie, moze ktos sie zaopiekuje bo wyjezdzam

  • anna w napisał(a) dnia 28 września, 2010, 15:56

    moja depresja trwa już10lat. Bywały lepsze chwile,ale szybko mijały.I znowu zostawała beznadzieja. Zycie mnie nie głaszcze. Kiedy miałam 14 lat powiesił się mój tata.I niewiem,czy ja genetycznie ,czy tylko sobie to wmówiłam , odziedziczyłam po nim myśl o samobójstwie. W życiu mi się nie ułożyło.Zostałam zupełnienie sama, z dala od wszystkich,na własne życzenie. Nie kontaktuje się z dawnymi przyjaciółmi,znajomymi. Z rodziną z obowiązku i bardzo sporaycznie. Półtora roku temu kupiłam psa,który byłwtedy ostatnią deską ratunku…przeżyłam te półtora roku,ale myśli pozostały. Nienawidzę się budzić rano,kiedy wiem ,że przede mną kolejny beznadziejny dzień. Wieczorem troszke lepiej ,bo już wieczór i pigułka na sen zabierze mnie na chwilową ulgę. A rano od nowa te same czynności…ból nie do zniesienia. Jedyny mój sukces upatruję w tym , ze nie mam dzieci ,które widzą jak się męczę. A one nie potrafiłyby i tak wypełnić mojej pustki. Straciłam zainteresowanie praktycznie wszystkim. Nie mogę się na niczym skupić. I właśnie myśli o samobójstwie równocześnie dobijają mnie i przynoszą ulgę.
    Przegrałam na wielu płaszczyznach mojego życia… Nie widzę nadzieji. Od kilku już lat leczę się na depresję ,ale nie widzę efektów. Lęk to dominujące uczucie , które odczuwam. Z nikim z rodziny nie rozmawiam o moich problemach, bo oni wiedzą ,ale też nie potrafią mi pomóc. Boją się mnie. A boję się wszystkiego. Nie mam już siły tak żyć. Ciągle w myślach planuję własną śmierć. Czuję jej obecność za plecami. Cokolwiek robię ona wciąż jest. Nikomu nie życzę takiego życia. Ania

  • leo napisał(a) dnia 21 października, 2010, 2:20

    do zobaczenia w piekle

  • leo napisał(a) dnia 21 października, 2010, 2:22

    białe lekkie babie lato
    czarne lepkie babie lato…
    najgorsze jest wtedy,gdy bliscy mają cie w dupie

  • soza napisał(a) dnia 23 października, 2010, 16:04

    a wystarczy trochę prawdziwego współczucia i zalegalizowanie takiej możliwości – samob…..

    tylko bezduszne i faszystowskie systemy każą cierpieć choremu bez końca – cierpieć i udawać, że potrafi się takiemu choremu pomóc – przecież to zwykła przemoc wobec osoby chorej, cierpiącej – bo to ona cierpi – nie otoczenie i lekarze

    legalizacja samob – tak – bo to akt prawdziwego współczucia i powiedzmy człowieczeństwa

    skoro jesteśmy podobno istotami wolnymi – to taki akt łaski, współczucia powinien być dozwolony – i powinno do tego dochodzić w sposób humanitarny – nie na drzewie lub pod kołami pociągu – np zastrzyk za zgodą pacjenta – ale kraj ma ”poważniejsze” problemy, które jednak mało obchodzą ludzi cierpiących – kryzys gospodarczy przecież mało obchodzi taką osobę – chorą i cierpiącą – nie wolno nakazywać żyć komuś, kto żyć już nie chce, bo zbyt długo cierpi – ale kogo to takl naprawdę obchodzi………..??????
    ma żyć i koniec !!!!!!!!, bo tak ma być !!!!!, bo to przecież nie cierpienie np ustawodawcy

  • soza napisał(a) dnia 23 października, 2010, 16:37

    każda wolna istota ludzka winna mieć prawo zarówno do życia jak i podjęcia decyzji o jego zakończeniu – tymczasem to inni często decydują o losie osób chorych i cierpiących – nic o tym cierpieniu nie wiedząc, nie znając jego siły i natężenia -
    tak dla humanitarnego przyzwolenia na śmierć osoby chorej lub zbyt długo cierpiącej
    - nie dla kontroli i w tej sferze – wszędzie i tak nas kontrolują
    itd,itp.
    pozdrawiam

  • Krzysztof napisał(a) dnia 26 października, 2010, 12:48

    Potrafię się cieszyć życiem, bawić, kochać a nawet akceptować samego siebie i na myśl, że będę musiał opuścić najbliższych i moje własne marzenia, jest mi cholernie źle. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, iż znalazłem się w takim punkcie, z którego jedyne wyjście prowadzi przez bramkę z napisem: koniec życia. To co po sobie zostawiam, bardziej pomoże mojej rodzinie wydostać się ze społecznego dołka (w który sam ją wpakowałem) niż moja wśród nich obecność. Moja decyzja, podjęta w stosownym momencie, nie będzie efektem skumulowania negatywnych emocji lecz odpowiednio zaplanowanych kroków. Jak więc widzicie – można i tak. Powiem więcej – tak trzeba. To kwestia odpowiedzialności za los tych których się kocha. Osobiście uważam, że mam prawo do podejmowania takich decyzji i nikomu nie wolno go negować. Oczywiście ktoś może to zrobić w oparciu o tzw. literę prawa. Jest ona jednak tak samo kaleka jak i jej uzasadnienie. Tu nie zakaz jest potrzebny, lecz szereg mechanizmów zabezpieczających ludzi prostolinijnych, z przyjemnością oddających się pracy i obowiązkom dnia codziennego, przed bezdusznością systemu i bezwzględnością tych wszystkich, dla których liczy się tylko szmal. Nie zachęcam nikogo do naśladowania mnie pod żadnym względem. Każdy z nas jest inny i każdy z przypadków może jedynie być podobnym do innych. Pamiętajcie o tym gdy przyjdzie wam do głowy myśl o tym, że trzeba pomagać tym którzy chcą się zabić. Większość z Was działa bowiem szablonowo, według schematów ułożonych w oparciu o publikacje różnego rodzaju autorytetów. Każdy – teoretycznie – lubi truskawki, część populacji jednak jest na nie uczulona a tylko nieliczni nie wezmą ich do ust tylko dla tego, że mogą się bez nich obejść. Pozdrawiam ………… nie oczekując na odzew.

  • nana napisał(a) dnia 27 października, 2010, 18:01

    lato odeszło ckliwym zapachem

    przede mną znowu ta jesień

    samotność moją chowam pod skrzydło

    wiem co mi w życiu przyniesie

  • nana napisał(a) dnia 27 października, 2010, 18:09

    zostawię wszystko to co mam ,bo po comi tam będzie

    zabiorę tylko wspomnień garść, by porozrzucać wszędzie

    w górę uniosę lekko się, by w błogostanie bujać

    nie znajdę żadnej myśli złej i mi urosną pióra

  • ula napisał(a) dnia 4 listopada, 2010, 20:57

    minął rok jak jego juz nie ma, chodził na terapię w warszawskim ośrodku… słono płacił, bo 150 zł za wizytę, miał fobię społeczną i depresję, nie pracował, bo był chory, ale ja go przekonywałam, żeby tam chodził, żeby znalazł pracę, żeby wychodził do ludzi. Rok wcześniej powiedział mi że chciał się zabić, ale coś mu nie pozwoliło, potem powiedział, że jeśli przez rok nic się nie zmieni, nie poradzi z tym sobie, to spróbuje znowu. Przestraszyłam się, bałam się z nim o tym rozmawiać, mało tego nie powiedziałam o tej rozmowie nikomu, myslałam: ot takie gadanie, nie mówił chyba tego poważnie, mało to razy ja mówiłam że kogoś zabiję, albo ja się zabiję, mówiłam mu, że wszytko będzie dobrze, że się ułoży, mamy siebie przecież. Kilka miesięcy chodził na terapię, drogą w jego sytuacji z pracą, pewnego dnia spóźnił się na busa, nie zdążył na swoją wizytę, pani w recepcji powiedziała mu że będzie musiał zapłacić za tą opuszczoną wizytę przy kolejnym spotkaniu… Nigdy już nie poszedł na terapię. Mówił, że to strata kasy, juz czuje sie lepiej, ale był słaby… Ja tego nie widziałam, niczego nie przeczuwałam, a powinnam cos zauważyć- najbliższa mu osoba! mieliśmy plany, kochaliśmy się, ja go kochałam, kocham, a jego już nie ma… a ja… jego już nie mam… co mam: poczucie winy jakiego nie ma nikt chyba, 10 tomów wspólnych radosnych zdjęć, zapchniętych na dno szafy, wstręt do ubrań, które nosiłam w tym dniu, beznadziejną wizję świata bez niego, wspomnienia które czają się za każdym rogiem, za każdym podobnym do jego słów słowem, wspomnienia, które zwykle cieszyły, a teraz są powodem do kolejnych łez i użalań nad swoim beznadziejnym losem wdowy-niewdowy, której nikt nie daje prawa do cierpienia (co innego gdyby to był mąż…!!!), wspomnienia, które mówią do mnie „to twoja wina!!!”, ty ślepo zapatrzona w siebie głupiutka dziewczyno, co ty sobie myślałaś?!
    Widzę strach w oczach matki, gdy widzi mnie zapłakaną, więc nie płaczę przy niej, dzwoni, kilkanaście razy dziennie pod byle pretekstem, sprawdza gdzie jestem, kiedy wrócę, czy żyję… A po co ja mam żyć, jak z tym żyć? Jak patrzeć sobie w oczy? Minął rok, a ja nie mam innego celu… ani pewności czy go gdzieś tam spotkam… i kiedy? nie chciałabym sama wybierać tego czasu, jeszcze nie teraz.

  • didiana napisał(a) dnia 15 listopada, 2010, 23:07

    Pięć prostych myśli, które mogą Ci pomóc
     Jeżeli właśnie teraz odczuwasz chęć popełnienia samobójstwa przeczytaj najpierw ten tekst. Zabierze Ci to pięć minut. Nie mam zamiaru analizować tutaj szczegółów Twojego złego nastroju. Nie jestem terapeutą, ani psychiatrą – jestem tylko kimś, kto wie co się czuje, gdy się cierpi. 
    Nie wiem kim jesteś i dlaczego odwiedziłeś tę stronę. Wiem tylko, że tutaj jesteś. To dobrze. Mogę przypuszczać, że znalazłeś się tutaj, ponieważ jest Ci źle i zastanawiasz się nad zakończeniem życia. Gdyby to było możliwe wolałbym być z Tobą w tej chwili, siedzieć obok Ciebie i móc szczerze porozmawiać. Ale ponieważ to niemożliwe skorzystajmy z tego, co mamy. 
    Znałem wielu ludzi, którzy chcieli się zabić, dlatego uważam, że mogę się domyślać co czujesz w tej chwili. Wiem, że możesz nie mieć ochoty na czytanie grubej księgi, dlatego będę się streszczał. Ponieważ mamy spędzić razem pięć minut, chciałbym podzielić się z tobą pięcioma prostymi myślami. Nie będę się z Tobą sprzeczał, czy masz się zabić, czy nie. Przypuszczam jednak, że skoro o tym myślisz musisz się czuć kiepsko. 
    Cóż, nadal tutaj jesteś. To bardzo dobrze. Chciałbym Cię prosić, abyś pozostał ze mną do końca tej strony. Oznacza to (mam nadzieję), że jesteś chociaż w jednej cząstce niepewny, gdzieś głęboko w środku, czy rzeczywiście chcesz kończyć swoje życie. Ludzie często czują tę niepewność, nawet w najgłębszej rozpaczy. Ta niepewność to coś najzupełniej normalnego. Fakt, że w tej minucie wciąż żyjesz oznacza, że masz ją w sobie. To znaczy, że – mimo pragnienia śmierci – część Ciebie chce żyć. Trzymajmy się zatem tej części i spędźmy razem jeszcze parę minut. 
    Zastanówmy się takim stwierdzeniem: „Samobójstwo nie jest kwestią wyboru, następuje, gdy cierpienie przekracza siły do walki z nim” 
    Otóż to. Nie jesteś złym człowiekiem, szaleńcem, czy osobą niepełnowartościową ponieważ masz nastrój samobójczy. To nawet nie oznacza, że chcesz umrzeć – to tylko mówi, że Twoje cierpienie jest tak silne, że nie możesz go opanować. Jeżeli zacząłbym wieszać Ci na ramionach ciężarki i tak w którymś momencie musiałbyś upaść.. niezależnie od tego jak bardzo chciałbyś stać dalej. (To właśnie dlatego bez sensu jest pocieszać Cię teraz słowami „głowa do góry, nie trać ducha” – oczywiście, że nie traciłbyś ducha, gdybyś tylko mógł.) 
    Nie zgadzaj się, jeżeli ktoś mówi Ci: „Twój problem jest zbyt mały, aby myśleć o samobójstwie”. Są różne rodzaje cierpienia, które mogą prowadzić do samobójstwa. U każdego człowieka ten sam problem znaczy co innego. To, co jest do zniesienia dla innego, może być nie do zniesienia dla Ciebie. Punkt krytyczny, za którym cierpienie staje się nie do zniesienia, zależy od Twojej siły do zwalczania go. W tym też ludzie różnią się znacznie między sobą. 
    Kiedy cierpienie przekracza Twoje siły pojawia się myśl o samobójstwie. Samobójstwo nie jest ani dobre, ani złe, nie jest wadą charakteru, jest moralnie neutralne. Jest po prostu efektem stanu nierównowagi pomiędzy cierpieniem, a siłami obrony przed nim. 
    Możesz pozbyć się myśli o samobójstwie na dwa sposoby: [1] znajdując sposób na zmniejszenie cierpienia, lub [2] znajdując sposób na zwiększenie swojej „odporności”. Oba są możliwe. 
    Teraz chciałbym przekazać Ci kilka rzeczy do przemyślenia:
    Pierwsze, o czym powinieneś się dowiedzieć, to to, że ludzie są w stanie sobie z tym poradzić – nawet ci, którzy czuli się tak źle, jak Ty teraz. Statystycznie patrząc, jest bardzo duża szansa, że będziesz dalej żył. Wierzę, że ta informacja doda Ci trochę nadziei. 
    Chciałbym Cię namówić na danie sobie trochę czasu. Powiedz sobie: „Poczekam 24 godziny, zanim coś zrobię”. Albo tydzień. Pamiętaj, że odczucia i czyny to dwie różne rzeczy – to, że czujesz potrzebę samounicestwienia wcale nie znaczy, że masz to zrobić w tej chwili. Pozwól, aby między Twoją decyzją, a realizacją upłynęło trochę czasu. Nawet 24 godziny. Możesz wliczyć w to 5 minut, które spędziłeś czytając tę stronę. I następne 5 minut, które jeszcze tu spędzisz. Zdaj sobie sprawę z tego, że mimo Twoich odczuć nic nie robisz w tej chwili, aby je zrealizować. To dla mnie bardzo zachęcające – mam nadzieję, że także dla Ciebie.
    Trzecia sprawa: ludzie często decydują się na samobójstwo, bo szukają ulgi od cierpienia. Nie zapominaj, że ulga jest odczuciem. A Ty musisz być żywy, aby móc z niej skorzystać. Jeżeli będziesz martwy, nie będzie żadnej ulgi. 
    Sprawa czwarta: niektórzy ludzie zareagują negatywnie na Twoją decyzję o samobójstwie ponieważ będą źli, lub przestraszeni. W efekcie mogą pogłębić Twoje cierpienie zamiast Ci pomóc poprzez bezmyślne słowa. Musisz zrozumieć, że ich złe reakcje to efekt ich obaw, a nie Twoja wina. Są jednak także ludzie, którzy mogą być z tobą w tym okropnym czasie, nie będą Ciebie osądzać, czy kłócić się z Tobą, wysyłać do szpitala, czy próbować na siłę wywlec szczegóły Twojego złego samopoczucia. Po prostu będą się o Ciebie troszczyć. Znajdź jednego z nich. Teraz. Wykorzystaj Twoje 24 godziny, lub Twój tydzień i powiedz komuś co się z tobą dzieje. Nie ma nic złego w prośbie o pomoc. Zadzwoń do psychologa, ostrożnie wybierz jednego z przyjaciół, czy księdza, kogoś, kto będzie chciał Ciebie wysłuchać. Nie dokładaj sobie jednak dodatkowego brzemienia chcąc poradzić sobie z tym wyłącznie samemu. Nawet samo opowiedzenie komuś , jak znalazłeś się w tym położeniu wyzwoli mnóstwo energii, energii potrzebnej Ci do odbudowania równowagi sił w Twojej psychice. 
    Ostatnia rzecz, którą chcę Ci przekazać: myśli samobójcze powracają. Po tym, jak odejdą musisz nadal się o siebie troszczyć. Dobrym pomysłem będzie psychoterapia. 
    Zobacz, minęło już kilka minut i wciąż tu jesteś. Naprawdę się cieszę. 
    Jako, że doszliśmy aż tutaj, czas na nagrodę. Uważam, że powinieneś dać sobie prezent. Tym prezentem będzie siła wewnętrzna. Pamiętasz, na początku tej strony wyjaśniałem, że receptą na sukces jest taka siła wewnętrzna, która pozwoli Ci przezwyciężyć cierpienie. Spróbuj zwiększyć swój opór, aż będzie go więcej, niż cierpienia. 
    Teraz, kiedy ta strona mogła dać Ci pewną ulgę. Najlepszym źródłem siły wewnętrznej będzie inna istota ludzka, z którą możesz porozmawiać. Jeżeli znajdziesz kogoś, kto będzie chciał Cię wysłuchać i opowiesz mu o swoich odczuciach oraz o tym, jak znalazłeś się w tej sytuacji, od razu wzrośnie Twój opór przeciw cierpieniu. 
    za http://www.przyjaciele.org/(Tekst pochodzi ze strony http://www.metanoia.org/suicide/)

  • misia napisał(a) dnia 18 listopada, 2010, 20:11

    misia.. tak nazywa mnie moja ukochana osoba, z którą nie jestem, a zarazem nie mogę być. jesteśmy jak romeo i julia.. o dziwo miałam tak mieć na imię i byłoby to niezwykle trafne. Zakazana miłość, która trzba ukrywać.. już 7 lat! Szukałam, prosiłam wręcz o pomoc.. ale nikt nie podał ręki. Dzisiaj powiedział mi że moja twarz tak strasznie wydoroślała, że nie wie co robić. Codziennie piję, bo jak niby mam spać, jak mam funkcjonować z myslą, że nie mogę nic zrobic. Tyle obojętności wokół.. Jeśli nie możemy być razem tu… to może tam.

  • the ghost of you napisał(a) dnia 27 listopada, 2010, 5:24

    Ciekawy artykul, wiele z tego, co w nim zawarte odnalazlem w sobie, choc to tez mnie troche martwi, bo okazuje sie, ze wbrew swoim myslom, jestem chodzacym schematem zachowan.

    Tez mam zamiar niedlugo podjac juz druga probe samobojcza. Mam tyle ulomnosci przede wszystkim psychicznych, zwyczajnie umyslowych tez, no i nawet fizycznych, co czyni mnie wlascwie zyjacym – moze bardziej kustykajacym – wrakiem czlowieka. Czasem naiwnie podpalam sie jeszcze iskra nadziei, ze moze choc nie zwalcze tych moich ulomnosci, to moze jednak wyrwie na zlosc losowi jakis rabek szczescia, ktore moze nie ocali mojego zycia, ale chociaz przedluzy je, pozwoli przezyc kilka pieknych chwil, by chociaz bylo z czym sie zegnac. Ostatnio tak wlasnie mialem. Gdy juz myslalem, ze jestem pewny swego marnego losu, poznalem w internecie wydawalo sie wyjatkowa dziewczyne, ktora sprawiala wrazenie idealnej i co najbardziej zdumiewajace to to, ze zauroczyla sie we mnie. Juz mialem sie z nia spotkac, az… No nie wazne, nadzieja prysla mi prosto w twarz. A dla tej nadziej zmobilizowalem wszystkie resztki swoich sil, jakie we mnie zostaly, by jeszcze dac sobie szanse. A teraz tylko umocnilem sie w przekonaniu, ze na mnie nic juz nie czeka; ze wszystko, co dostaje to albo kopniaki, albo ciosy z piesci tak zamarkowane, ze wczesniej wydaje sie, ze ktos wyciaga do mnie dlon. Wszystko jakby mialo mnie utwierdzic w mysli, ze moje urodzenie bylo jakas pomylka, ktora to teraz ktos chce naprawic, wiec robi tak, bym jak najwczesniej sam sie stad ulotnil. Nie potrafie zyc, jestem zyciowym kaleka, nic nie potrafie, do niczego sie nie nadaje, mam juz ponad 20 lat, nie jestem szpetny, ale wciaz mam twarz mlodego chlopaczka, wzrost ledwie 170, nikt mnie nie traktuje powaznie zatem. Mimo wszystko zawsze bylem w stanie uwierzyc, ze moge przy sprzyjajacych okolicznosciach umeblowac sobie zycie tak, by byc szczesliwym, sprobowac urwac jakis rabek szczescia od losu; ze moge znalezc piekna, cudowna dziewczyne dla ktorej bede idealny jaki jestem, ale po tym wszystkim z nadzieja juz wygrywa racjonalne podejscie do sprawy, bo skoro do tej pory nic mi nie wyszlo, to marne szanse, by jeszcze cos mnie dobrego spotkalo w zyciu i nie zakonczylo sie przed czasem. Nie mam juz sil, nie czuje sie wolnym, czuje, ze wszystko mnie ogranicza: brak perspektyw, fatalnie wygladajaca przyszlosc, w ktorej skazany jestem na marna prace, do ktorej nie umiem sie zmobilizowac juz wiecej, samotnosc… Irytuje mnie konstrukcja tego swiata, zrypana konstrukcja, pod ktora podlegam. Najbardziej irytuje sie sam soba i dlatego chce sie wreszcie uwolnic od siebie, chce swiat uwolnic od tej skazy jaka ja jestem, mam dosc swojego zepsutego u podstaw umyslu… Chcialbym byc po prostu kims innym, kims zwyczajnym i zaczac wszystko od nowa. Wiem, jaki chcialbym byc, lecz mam tyle ogranicznikow, z ktorych zbudowana jest moja tozsamosc, ze nie moge nim byc. Tylko dusze mam zdrowa, reszte na zlom. Juz niedlugo bedzie koniec, zgasnie slonce, ksiezyc i wszystkie gwiazdy, serce uda sie na spoczynek, nie bedzie wiecej sie wyrywac z piersi, z pluc wydobedzie sie ostatnie tchnienie zycia i ostatnia lza wyruszy z brzegu oka. Tak sie zycie konczy. Byc moze zycie zakoncze ironia i pozegnam sie w dniu, w ktorym sie urodzilem, a to juz niedlugo… Teraz jest ten najciezszy okres, gdy zblizaja sie swieta, czuc atmosfere milosci, a ja musze jak zwykle z boku obserwowac szczesliwych ludzi, jak widz przed scena. Piekny to obrazek widziec zakochanych ludzi idacych ulica, trzymajacych sie za rece, gdy dziewczyna ma nos czerwony z zimna, a chlopak na rozgrzanie caluje go w sam czubek; gdy jego serce rozgrzewa sie promieniem jej usmiechu; gdy w dziewczyny oczach przejrzysz sie dokladniej niz w witrynie sklepowej… Gdy moga w swieta obdarowac sie prezentami, ale przede wszystkim wlasna miloscia. I sylwester: pozegnanie starego i witanie nowego roku. Wtedy zawsze czulem sie najsamotniej. Tak bardzo chcialem w tym roku go spedzic z ta jedna osoba. Nie na zadnej imprezie, ale po prostu we dwoje obserwujac z boku to cale noworoczne zamieszanie, fajerwerki na niebie spadajacy snieg… Nie jest mi to dane i juz na pewno nie bedzie.

  • Człowiek Pomyłka napisał(a) dnia 27 listopada, 2010, 15:26

    No niestety są i tacy ludzie jak My :-( ciągle porażki i niepowodzenia……ile tak można? Jestem człowiekiem bardzo wrażliwym, szczerym, uczciwym, niepotrafiącym kłamac taki altruista, który chciałby zmienic świat :-( ale sam nie dam rady :-( człowiek, który potrafi kochac i liczyc się z uczuciami innych trafiający na same egoistki patrzące tylko na swoje dobro:-( obserwuje, rozmyślam i zauważam, że jest coraz gorzej, nie chodzi o kraj i gospodarke tylko o ludzi, którzy zaczynają byc ograniczeni umysłowo, zachowując się instynktownie jak zwierzęta:-( dla kogoś kto myśli już sama wizja takiego świata jest bolesna:-( wartości się pozmieniały kiedyś była miłośc i rodzina, dzisiaj jest kasa i seks:-( Czuje że tu nie pasuje i jestem na maxa załamany, zmęczony i wypalony a mam dopiero 24 lata:-(
    Ludzie dobrej woli gdzie jesteście…..??????? Musimy chyba jakąś własną osade założyc żebyśmy mogli sobie spokojnie życ………………………:-(

  • bajka napisał(a) dnia 28 listopada, 2010, 23:22

    3 miesiące temu mój mąż popełnił samobójstwo. skoczył z mostu, najwyższego w okolicy. tak, by być pewnym, że nie przeżyje. kochał mnie najbardziej na świecie i ja kochałam jego. wiem, że myślał, że przez swoją decyzję pomoże mi w zyciu, ułatwi je, myślał, że mnie tylko unieszczęśliwia. nie powiedział, jak się czuje, udawał, że wszystko jest ok, a przecież wystarczyłoby słowo i poszukalibysmy pomocy… ale nie dał sobie ani nam szansy.
    nikomu nie życzę takiego bólu i cierpienia przez jakie teraz przechodzę. Sama mam myśli samobójcze, znam już stan w którym nie liczy się nic innego oprócz zakończenia cierpienia. ale żyję. i będę żyła, bo mam rodziców i przyjaciół i czekają na mnie jeszcze w przyszłości jakieś cudowne chwile.
    proszę, poproście o pomoc. powiedzcie co się z Wami dzieje, nie zostawajcie sami. dajcie szansę innym by Wam pomogli. nie chcielibyście takiego bólu dla swoich najbliższych.

  • Człowiek Pomyłka napisał(a) dnia 29 listopada, 2010, 18:34

    Ból egzystencjalny jest okropny :-( trwa długo i nieprzerwanie :-( bliscy szybko zapomną a ja o tym jak moje życie ma wyglądac nie zapomnę :-( to nie choroba!!! Ja tak do tego podchodzę!!! Taki charakter, takie podejście!!! Dla mnie ludzkośc to plaga rozprzestrzeniająca poprzez kopulację :-( Analizując to wszystko nie opłaca się życ :-( Czasami tak myśle, że rezygnacja z tych wszystkich „POKUS” może przynieśc zbawienie :-( ale to tylko moje przemyślenia!!! Nie brac tego do siebie!!! To nie nas trzeba leczyc!!! Tylko ludzi zachowujących się jak zwierzęta, którzy ciągle pragną czegoś lepszego wykorzystując przy tym takich jak MY!!! :-(

  • bajka napisał(a) dnia 1 grudnia, 2010, 13:07

    bliscy nie zapomną. nigdy. już na zawsze zostaną w nich myśli, gdzie zrobili błąd, jak mogli nie zauważyć, „co by było gdyby”. Święta i rocznice, urodziny i imieniny już nigdy nie będą tak radosne jak mogłyby być. na zawsze zostanie w nich smutek i poczucie winy. gdy ktoś bliski popełnia samobójstwo, jego najbliżsi juz nigdy nie będą tacy jak wcześniej. obojętnie, czy planujesz samobójstwo czy nie, polecam stronę (w języku angielskim, na polskich stronach praktycznie nic nie ma): http://www.forsuicidesurvivors.com/

  • Człowiek Pomyłka napisał(a) dnia 1 grudnia, 2010, 13:26

    Czytałem, rozumie o co Tobie chodzi :-( tylko , że ta obojętnośc wobec wszystkiego jest silniejsza :-( ja nic nie planuje. Czekam tylko na nastepną porażkę :-( na ten impuls…………

  • bajka napisał(a) dnia 1 grudnia, 2010, 18:34

    oczekiwanie na porażkę jest jak wywoływanie porażki… zrobisz wszystko, żeby ta porażka tylko potwierdziła to, co myślisz na temat swój i swojego życia. wiem, że nie jest łatwo, i nie będzie łatwo. wiem, że wybór między brakiem swojego cierpienia już na zawsze a dużym cierpieniem bliższych przez jakiś czas, a potem trwałym, ale jednak nie aż tak intensywnym cierpieniem tychże wydaje się łatwy. tylko że nigdy na 100% nie możesz być pewny, że Twoje życie już zawsze takie będzie, że nic się nie zmieni. to nie jest łatwe, ale nie niemożliwe. zwłaszcza, jak ma się kogoś bliskiego przy sobie.
    czasem żeby coś zacząć trzeba dać szansę innym by w tym pomogli. to jak poddanie partii szachów po pierwszym ruchu…

  • Człowiek Pomyłka napisał(a) dnia 1 grudnia, 2010, 20:21

    Bajko dziękuje Tobie, że wogóle zwracasz uwage na to co pisze i w dodatku jeszcze odpisujesz :-( masz naprawde dobre serduszko!!! Myśle cały czas nad tym co piszesz :-( przynajmniej troche pozytywnie mnie nastrajasz :-) Dziekuje :-)
    : Żyj!!! powiedziała Nadzieja
    : Bez Ciebie nie moge!!! :-( odpowiedziało Życie

  • before i die napisał(a) dnia 5 grudnia, 2010, 0:46

    Od momentu w którym przeżyłem bardzo bolesne rozstanie minęło już ponad pół roku. Osoba z którą planowałem swoje życie jest już na stałe z kimś innym. Cały czas dręczy mnie koszmar tych chwil które są już bezpowrotne, nadal żyję i nadal trwam, codziennie zasypiam i budzę się z podobnymi myślami, Strach, ból, pragnienie zemsty, bardzo cierpię nie potrafiąc sobie poradzić z własnym życiem. Mam 26 lat, doszedłem do punktu w którym nie mam zbyt wiele perspektyw a czas wreszcie zmienić prywatną codzienność w której istnieje. Około trzech miesięcy temu pewnej nocy chciałem się powiesić, miesiąc później otrzymałem bardzo mocny cios który utwierdził mnie w jak trudnej jestem sytuacji. Nadal jestem. póki co nie zamierzam dalej próbować się zabić. W złych momentach często bardzo realnie myślę w jak najlepszy sposób mógłbym odejść i jak to wszystko zorganizować tak aby nie wyrządzić innym krzywdy. Szczerze pisząc samobójstwo jest domeną egoistów, na chwile trzeba zapomnieć o bliskich, samemu skracając własne cierpienie. Nie zrobiłbym z tego z przesłanek heroicznych, to miałbym być koniec tego ciągłego lęku i niepewności, koniec stresu, w dużym stopniu zemsta za to co mnie spotkała której dokonałbym n samym sobie. to wszystko jest dla mnie trudne. Cały czas walczę, najgorsze jest to że przyszło mi w tej chwili zapłacić za wszystkie niezakończone sprawy z poprzednich lat.. Daję sobie czas, odkładam radykalne rozwiania, po gorszym tygodniu, cieszę choćby jednym dniem dobrego, uśmiecham się kiedy tylko jestem w stanie, próbuje to wszystko załagodzić póki co nadal normalnie funkcjonuje. Często z wielkim wysiłkiem przychodzi mi to co dla innych jest normalnością. Nie potrafię się cieszyć z życia, nie potrafię wchodzić w relacje z ludźmi, ciągle uciekam w samotność, która w tej chwili mnie bardzo niepokoi. Brakuje mi kogoś naprawdę bliskiego wśród znajomych a nawet przyjaciół których w tej chwili się już pozbyłem. Nigdy nie myślałem że moje życie będzie tak bezsensowne, że będzie nieustającą pętlą, że nic specjalnego nie osiągnę. Łudzę się i często widzę w postach tutaj, dużą nadzieje mimo tego że każdy trafił tu pewnie nieprzypadkowo. Nigdy nie wiemy co nas dalej spotka, oczywiście to ma dwie strony ale równie dobrze każdy z nas może z tego wyjść i zacząć życie od nowa. Podejmowałem kilka prób rewolucji w moim zachowaniu, podejściu, niestety zawsze do mnie wracało to co złe ze zdwojoną siłą. Nie radzę z sobą, cieszy mnie to że nie jestem jeszcze alkoholikiem, że w miarę możliwości odstawiłem wszystkie używki oraz pewne niebezpieczne zachowania które mogły mnie narazić na poważne konsekwencje. Codziennie próbuje dogonić to co może już nigdy nie przyjść do mnie. Pragnę spokoju wewnętrznego, oczywiście mam małe szanse żeby go osiągnąć ale każda małą chwilą delektuje się jego obecnością . Wyjątkowo opornie żyje się w strachu, braku perspektyw, braku nadziei, przy sennych koszmarach, bezsennych nocach zachęcam jednak aby podejmować kolejne próby zmiany siebie. Wyjątkowo trudno jest wytrzeźwieć z marazmu, pokonać w pojedynkę depresje i wyzbyć się lęku przed światem, jednak warto bo później nie ma nic i nic już nie nastąpi. Moje wyobrażenia o pięknym, heroicznym samobójstwie zakończyły zdjęcia ludzi którzy je popełnili. Śmierć bywa piękna na filmach, wielokrotnie się nią zachwycałem jednak nie wygląda dobrze na tych którzy się z Nią zmierzyli. Nie zawsze udaję się mieć to co się chcę, można jednak wytrwale dążyć do polepszenia jakości życia, życzę wszystkim wytrwałości i przemyślenia pewnych spraw ostatecznych. Pozdrawiam i życzę dobrych wyborów.

  • bajka napisał(a) dnia 5 grudnia, 2010, 21:37

    dlaczego tak bardzo nie chcecie iść do kogoś po pomoc? do psychoterapeuty? boicie się? czego? moje pytania to nie atak na Was, naprawdę chciałabym wiedzieć.
    to, czego dowiedziałam się z całej sytuacji samobójstwa człowieka, który był mi najblizszy na świecie to, że nie jestem sama. że obok jest mnóstwo innych, bliskich mi osób, które wciąz mi pomagaja, któe są, gdy dziwne myśli przychodzą mi do głowy, które pilnują, żebym sobie nic nie zrobiła gdy mam gorsze chwile. Ale to nie jest tak, że one wiedzą, kiedy mam gorszy dzień – teraz potrafie już chwycic za telefon i zadzwonić, poprosic o pomoc. Nie muszę i nie powinnam radzić sobie z bólem w pojedynkę – po to ma się przyjaciół, żeby z nami byli gdy jest źle. I po to sa psychoterapeuci, żeby pomagać, gdy pewnych spraw nie da się poruszyć czy rozwiązać z przyjaciółmi. To oczywiście boli. Jak cholera. Ale wiem, że przestanie, że gdy przejdę przez pewne własne problemy, które mam sama ze sobą, to bedzie lepiej. To nie jest tak, że w to wierzę – ja wiem, że tak będzie. Przechodziłam to juz kilka razy i zawsze potem było lepiej.
    Wiec proszę powiedzcie mi – dlaczego nie skorzystacie z pomocy?

  • kunsi napisał(a) dnia 8 grudnia, 2010, 1:35

    kiedyś miałam myśli samobójcze, nie wiem, do jakiego stopnia były one rzeczywiste, a do jakiego tylko rodzajem terapii, by oderwać się od bolesnych zdarzeń, czy też ciemności beznadziei. na szczęście nie było mi dane się tego przekonać, bo nagle moje życie całkowicie się zmieniło – jedno wydarzenie, które powinno mnie przybić, jeszcze bardziej popchnąć ku pozbawieniu siebie życia (przynajmniej tego obecnego, zakładając, że reinkarnacja jednak istnieje), ale… nagle zrozumiałam, że to bezsensu, zupełnie bez sensu. co z tego, że się zabiję, co z tego, że być może oderwę się od tego, co mnie tutaj gnębi (choć tak naprawdę nie wiem, co jest Potem, może a nuż kontynuacja cierpień tym razem, w innej postaci)?! To nie ma sensu! nie uwolnię się nigdy od siebie. bo co ja robię – uciekam od czegoś, co tak naprawdę nie istnieje. jest tylko w mojej głowie, ludzie nie są idealni, często ranią, często są egoistami, świat też nie jest idealny, ale to jego problem, nie mój. ja mam swoje życie, dano mi je (albo sama sobie dałam, kij wie ;) ), ale dano mi je nie tylko dla mnie. wielu ludzie ma mnie za nic, wielu mnie krzywdzi, ale wielu też mnie potrzebuje, tak samo jak ja ich, nie doceniałam ich, skupiałam się tylko na sobie, na swoim bólu, swoim bezsensie! a to nie fair. życie krzywdzi, życie jest bezsensem, ale cóż – taka jego natura. życie także jest pięknem, jeśli tylko oderwiemy się troszkę od nadmiernego przywiązania do siebie. oczywiście, miałam problemy miłosne (ogromne wielkie tragiczne itp), pieniężne, na studiach, w domu, mało kto mnie rozumiał (chyba nawet nikt, ale jak może tak naprawdę zrozumieć ktoś w drugim człowieku to, co stanowi jego najgłębszą istotę?), jednak ludzie próbowali mi na swój sposób pomóc (nie wszyscy, inni uważali mnie za nieudacznika itp). co z tego, że odbiorę sobie życie? co z tego, że ucieknę? co to da? uwolnię się? ale czy rzeczywiście chcę uwolnić się, czy o to mi chodzi? nie, ja chcę innego życia, lepszego, pełniejszego, szczęśliwszego, chcę dawać radość innym, a nie być tylko marną masą „nieudacznictwa”. samobójstwem tego nie zmienię. jest mi tu bezsensu, ale ten bezsens siedzi we mnie i muszę się nim zając, i w sposób inny od najprostszego – od samobójstwa (samobój wymaga niewiarygodnej odwagi, owszem, ale zarazem jest pójściem na całkowitą łatwiznę). jak mam poprawić swoje życie, jak mam je zmienić? najpierw muszę oderwać się od skupiania na sobie i swoim niby bezdennym bólu… co dalej… okaże się, jak osiągnę ten wstępny etap…
    najbardziej jednak pomogło mi to, że POCZUŁAM, ŻE NIE JESTEM SAMA, ŻE JEST KILKU LUDZI, Z KTÓRYMI CZUJĘ BLISKOŚĆ, KTÓRYM JESTEM POTRZEBNA, BA, POCZUŁAM ZWIĄZEK Z PRZYRODĄ, ale do tego potrzebne było oderwanie się od własnego bólu i poczucia bezsensu.

    ~magnolia3214: jesteś niemal wszystkim dla swoich dzieci, ich domem, ciepłem, miłością, pamiętaj o tym, jesteś ich sercem. nie chcą w gruncie rzeczy Twoich pieniędzy, Twojej odwagi czy też subiektywnie pojętego radzenia sobie w życiu – chcą matki, która je kocha, matki która to okazuje. jesteś najwspanialsza dla nich, dostrzeż to!

    jeśli ktoś chce pogadać, to moje gg: 644113 :)

  • lukas napisał(a) dnia 22 grudnia, 2010, 1:51

    też kiedys chcialem sie zabic kiedy dziewczyna mnie rzucila. zjadlem całe opakowanie tabletek na nadciśnienie lecz rano obudziłem sie bez zadnych problemow. zycie jest w sumie jedno i nie ma sensu go tracic. nie mozemy być słabi, nie wiemy co bedzie po naszej smierci, moze byc gówno, to nie ma sensu. wiem jednak ze samobójstwo to bardzo egoistyczne zachowanie, bo przez to cierpią i obwiniają sie poźniej nasi bliscy. ja dla siebie widziałbym taką opcje( gdybym chcial sie znowu zabic,lecz nie chce) ze zamiast pozbawiac sie zycia wyjechalbym gdzies na drugi koniec swiata, zaczal nowe zycie. i mial wszystko w pompie. lub poszedłbym do wojska wyjechal na misje i moze chociaz tam zrobilbym coś dobrego dla innych ludzi, bylby ze mnie jakiś pożytek. pamietajcie ze macie wokól siebie wiele osób które wam pomogą i niech nikt nie mowi ze jest sam bo nie ma takich osób! wszyscy maja problemy niektorzy gorsze inni lżejsze ale powinnismy umiec sobie z nimi radzić. zresztą bez nich zycie byłoby nudne i zbyt lajtowe a to nie bajka. nie bądźcie mięczakami i walczcie!!!

  • baja napisał(a) dnia 29 grudnia, 2010, 22:36

    zapraszam na mojego bloga: http://www.jeszcze-jeden-dzien-do-przezycia.blog.onet.pl

  • before i die napisał(a) dnia 31 grudnia, 2010, 0:37

    Mam teraz po raz kolejny trudny moment. Były święta, jutro sylwester, pojutrze nowy rok. Zawsze sylwester był dla mnie bardzo newralgicznym momentem, od dłuższego czasu upijałem się tego dnia do nieprzytomności, nadchodzi czas podsumowań. Zyski, straty, manka, superaty, nic się nie dzieje – tak naprawdę nowy rok nie jest żadnym przełomem, jednak wtedy czuje że jestem starszy o rok i dokonuje własnych bilansów. Miałem bardzo ciężki rok. Potworny. Teraz piszę ten komentarz, bo nie mogę sobie poradzić. Wiele osób jest pewnie w o wiele gorszej sytuacji niż ja, wielu z was ma za sobą próby samobójcze, blizny, niespłacone rachunki, niespłacalne kredyty, życie ludzkie które ciąży na sumieniu, cierpienie o którym nie mam pojęcia. Nie wiem jak to się stało że tak bardzo zaangażowałem się w bardzo trudną miłość i tak bardzo w Nią uwierzyłem, traktując ją jako ostatnią deskę ratunkową w swoim życiu. Wszystko zepsułem, od dwóch miesięcy wiem że nie mam już żadnej szansy. Moje uczucia i chęć do życia są bardzo małe, narastają falami i spadają w dół – coraz niżej. Staczam się, zabiłem sobie wszystkie emocje, dryfuje sobie ale już o nic nie walczę, przyjmuję wszystko tak jak jest, schodzę wszystkim z drogi. Jest mi strasznie ciężko, miałem nadzieje że moje życie będzie inne, ze będę kimś innym, że mimo złych tendencji w mojej przeszłości wszystko się zmieni, że ja to zmienię, że jeszcze będzie taki moment w którym uznam że warto było żyć, starać się, kochać i być sobą. Niestety wyczekuje tego na marne, nie jestem też już w stanie zmienić siebie, nie mam już siły zarówno udawać jak i okłamywać się codziennie. trudno to wszystko zaakceptować, trudno tak żyć. Na tą chwilę nie mam też wyraźnego motywu żeby się zabić, chociaż wiem że on powoli nadejdzie. Wszystko powoli się zacieśnia, wiem że stracę pracę, wiem że stracę przyjaciół – tak na prawdę już ich nie mam – dawno z nikim nie byłem całkiem szczery, wiem że nie zrozumieją tego co czuje. Desperacko szukam osoby która byłaby mi w stanie jakoś pomóc, jednak dookoła nie pojawia się nikt, z drugiej strony jestem dosyć mocno zamknięty w sobie, wiadomości które nosze w sobie, nie są do przekazywania innym, nie chcę wyrządzić nimi komuś krzywdy. Cały czas mam nadzieje że tym fatalnym roku, coś się zmieni, że coś drgnie, że może w jakiś sposób ze mnie uleci ten ciężar. Od długiego czasu nie jestem w stanie się dobrze wyspać, mam koszmary, budzę się w ciągu nocy i często nie mogę uwierzyć że jestem w obecnym położeniu. To wszystko przychodzi falami, są dni w których umiem jakoś sobie z tym radzić, czasami cieszę się że żyje, wtedy planuje swoje kolejne dni, patrze w przyszłość, nie boje się … By później znaleźć w sobie tą samą słabość i ugiąć się pod ciężarem. Problem polega na tym że mam coraz mniej lepszych dni a obecnie przez dwa miesiące, żyje bardzo złymi nawykami. Powoli moje zdrowie zaczyna się psuć, coraz bardziej psuję mi się kontakt z otoczeniem, kurwa pogrążam się sam w tym wszystkim, nie mogę nad tym zapanować. Zacząłem się modlić, chociaż nigdy tego nie robiłem. Pragnę żeby moje życie zmieniło się na lepsze, żebym mógł kiedyś się nim cieszyć, żebym chociaż trochę poczuł uczucia którego nie znam od bardzo dawna – spokoju. Pora już chyba kończyć na dzisiaj. Słabo mi wychodzą zakończenia ale chciałbym życzyć wszystkim którzy tu zaglądają i piszą dobrego, nowego roku, dużo siły i wytrwałości, spokoju, radości i wreszcie szczęścia oraz dobrych wyborów. Trzymajcie się ciepło.

  • baja7 napisał(a) dnia 5 stycznia, 2011, 23:33

    before I die – zadzwon proszę na którys z tych numerów, to są telefony zaufania, możesz tam anonimowo i darmowo porozmawiac z profesjonalistami:
    http://www.leczdepresje.pl/
    http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,7468746,Telefon_zaufania_pod_numerem_116_123.html

    Nie warto tego robić, zapraszam na mojego bloga, jeśli chcesz wiedziec dlaczego. Link w poscie powyżej

  • Szukam siebie napisał(a) dnia 8 lutego, 2011, 23:36

    Witam wszystkich. Może to naiwne myślenie, ale chyba nic nie dzieje się bez przyczyny na tym świecie. Też się borykam z różnymi myślami, jednak od jakiegoś czasu myśli samobójcze oddaliły się, ale wszystko po kolei. Nie usłyszałabym o panu Erwinie Ringel’u, nie zainteresowałbym się tym, co odkrył (syndrom presuicydalny), gdyby nie to, że miałam w szkole lekcję o samobójstwie. Nauczycielka mówiła właśnie o zawężeniu świadomości,zahamowaniu agresji i jej ukierunkowanie na siebie oraz o myślach i wyobrażeniach samobójczych. Z każdym wypowiadanym jej słowem na ten temat zaczęłam robić się dziwnie niespokojna, czułam się tak jakby mówiła o mnie, słowo w słowo. Jakby opowiadała moją historię, moje niepokoje, izolację od ludzi, tworzenie wokół siebie grubej warstwy przez którą nikt nie może dostać się do mojego wnętrza, tą nieufność do ludzi i wręcz chorobliwą podejrzliwość. Trwa to kilka lat, nie liczę ile. Na jakiś czas zapominam o tym bólu, po prostu jest lepiej, ale potem wraca smutek, poczucie tego, że jestem niepotrzebna, że jestem samotna. Nie wiem czy ktoś jeszcze tak ma, ale ja np często znajduję się w takich sytuacjach, w których zadawałam ból innym, tak jakbym miała zobaczyć i poczuć, że moje słowa i zachowanie raniło innych ludzi. Takie sytuacje i nie tylko one sprawiają, że ma się wrażenie, że coś/ktoś istnieje gdzieś tam hen, że „widzi” nas, to co robimy i gdy czynimy źle wysyła nam znaki, pod postacią ludzi, różnych dziwnych, bądź niezrozumiałych sytuacji itp. Każdy na pewno coś takiego chociaż raz doświadczył. Dlatego też dochodzę do wniosku, że każde życie ma jakiś sens i codziennie dostajemy jakieś ukryte znaki, wskazówki, które mają nam pomóc. Pomóc rozwiązać problemy i sprawy nawet bez wyjścia. Problem w tym,że często ich nie zauważamy zajęci sprawami przyziemnymi, skupiając się na tym, by „jakoś przeżyć kolejny dzień” i poradzić sobie z codziennymi problemami. I ja chyba dostałam dzisiaj taki „znak”. Wróciłam do domu, wpisałam w wyszukiwarkę nazwisko pana Erwina. Wyskoczyły mi różne strony i jedną z nich właśnie była ta, na której teraz pisze ten komentarz (wybaczcie,że taki długi). Czytałam powyższe komentarze, w każdym odnajdywałam jakąś cząstkę siebie – większą czy też mniejszą. Każdy z nas jest zagubiony i chyba też trochę przestraszony sobą i swoim życiem mając wrażenie, że jest beznadziejne. A jedynym możliwym rozwiązaniem i „najwygodniejszym” jest śmierć, skończenie ze sobą i zemsta na tych wszystkich, którzy nas nie rozumieli i odrzucili. Odczuwamy jakąś nieodpartą przyjemność z tego, gdy myślimy,że swoją śmiercią sprawimy komuś ból. Jakbyśmy chcieli powiedzieć w trakcie ( lub też po naszej) śmierci „Zobaczcie jaki to ból, czy teraz już rozumiecie? Tylko,że już jest za późno,mnie już nie ma…” Kilka dni temu trafiłam na dawno zapomnianą piosenkę. Ma tytuł „Trudno nie wierzyć w nic” http://www.youtube.com/watch?v=tXjBMRSLgoY, zespołu Raz, Dwa, Trzy. Myślę, że to Wam pomoże i skłoni do refleksji. Piękna jest też inna ich piosenka (tzn. interpretacja, bo słowa nie są ich ), której nie znałam wcześniej – „Jeszcze w zielone gramy” http://www.youtube.com/watch?v=6NPVIYDgnC8 i jeszcze jedna ich piosenka   http://www.youtube.com/watch?v=rbJ9U-NB494  Jeśli macie czas Kochani wejdźcie i posłuchajcie, nawet kilka razy, by naprawdę zrozumieć słowa i odnieść je do swojego życia a przede wszystkim nabrać nadziei. Było by miło gdybyście podzieli się swoimi przemyśleniami i uczuciami po piosence. Jeśli chce Wam się płakać, to płaczcie, nie trzymajcie tego w sobie. Jeśli chcecie krzyczeć, krzyczcie. Chociaż raz spróbujecie nie tłumić swoich uczuć. A jeśli nie, to wylejcie swoje wszystkie uczucia, tutaj na tej stronie. Chciałabym Wam pomóc (Proszę nie mówicie tylko, że się nie uda. Wiem, że każde z Was ma przecież gdzieś tam małą, cichą nadzieję, że „może będzie jeszcze lepiej”. Żyjecie, więc macie jeszcze nadzieję (chociaż możecie nie zdawać sobie z tego sprawy). Coś Was przecież jeszcze trzyma na tym świecie, prawda?)  Możemy porozmawiać, odświeżyć ten wątek, spróbować ruszyć coś na nowo. Jestem taka jak Wy, czuję to samo – pustkę, beznadziejność, samotność, poczucie niepotrzebności, ale nie poddaję się, choć czasem znajduję się w punkcie krytycznym, płaczę, jestem zła i nic mi się nie chce robić. Czuję się samotna, tak jak Wy, i że nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć. Jednak po przeczytaniu Waszych komentarzy poczułam się „potrzebna?” (nie potrafię wytłumaczyć Wam dlaczego to jest takie uczucie). I że to nie czas, by umartwiać się nad sobą, tylko wyciągnąć dłoń do innych, podobnych mi, spróbować porozmawiać, wysłuchać i bezinteresownie poświęcić komuś swój czas. Może i wystawiam się teraz na pośmiewisko, ale jeśli chcemy, by coś się zmieniło choć troszeczkę, musimy zacząć działać. Małymi kroczkami. Skoro jesteście gotowi w jakimś stopniu skończyć ze swoim życiem, to i w takim samym stopniu jesteście w stanie podjąć wyzwanie, by spróbować porozmawiać. Zdaję sobie sprawę, że możecie nie mieć czasu, ale będę czekać.   @Before I die  Jak się czujesz?  Czy coś się zmieniło?  Może jest lepiej u Ciebie, coś się poprawiło?  Wiem, że jesteś zamknięty w sobie, ale mam nadzieję, że odpiszesz. Przepraszam, że tak bardzo się rozpisałam, ale może ktoś dobrnął do końca :)  Pozdrawiam Was kochani ciepło z nadzieją, że nie wyjdzie to na marne.  Buziaki dla zmartwionych :*

  • Darek napisał(a) dnia 13 maja, 2011, 11:52

    i tak wszyscy predzej czy pozniej zdechniemy, czym tu sie przejmowac… aaa no tak ciezko funkcjonowac bedac w takim stanie w spoleczenstwie ktore w pogoni za **** wie czym traktuje ludzi wrazliwszych jak slabszych wykorzystujac ich przy tym do granic mozliwosci.
    Idzcie sprawdzcie czy nie macie jakiegos BPD czy innej „choroby” cywilzacyjnej
    „choroby” a moze to tylko szansa dana nam by zobaczyc swiat z innej strony i dokonac wyboru czy chce sie tutaj poprostu przebywac.

  • bubu napisał(a) dnia 5 marca, 2012, 4:02

    Jako dziecko bylam nadwrazliwa, przeczulona na krytyke. Nie umialam sie bronic przez co wczesne przedszkolne i szkolne lata wspominam jako wyjatkowo.smutne czasy ;) tak bylam grubym dziwnym.niesmialym i gnebionym dzieckiem. Cierpie rowniez na zadka nieuleczalna chorobe genetyczna ktora bardzo wplywa na moje zycie samoocene i samopoczucie. Cale zycie zmagam sie z ukrywaniem prawdy o sobie, ciaglym udawaniem. nie potrafie zaakceptowac tego, ze nie jestem normalna. najgorsze ze wsrod bliskich nikt inny sie z tym nie zmaga wiec kompletnie nie rozumieja jak sie czuje. maja mnie za nic, nie szanuja mnie i moich mysli. za kazdym razem kiedy ktos jest do mnie wrogo nastawiony czuje sie jak smiec mysle ‚to moja wina ze ma do mnie taki a nie inny stosunek, zrobilam cos nie tak. ‚ panicznie szukam przyczyny. dodatkowym problemem jest agresja w moim domu ktorej od dziecka doswiadczam, gdyz moja rodzina jest poniekad odrobine patologiczna. Ogolnie… bo odbieglam troche od tematu przezylam pare powaznych zyciowych porazek ;) czego konsekwencja bylo ucieczka od ludzi w tym rowniez czesciowa izolacja od przyjaciol. w pewnym okresie bylo ze.mna naprawde zle. czulam ze moje zycie jest bez sensu nic nie osiagne jestem czlowiekiem gorszej kategorii. nikomu nie mowilam o tym jak naprawde sie czulam. wstydzilam sie mowic prawde, cale zycie musialama.klamac by ukryc prawde o swojej chorobie. w.koncu moj organizm nie wytrzymal .. wszystkie skrywane emocje wybuchly.. dostalam pierwszego w zyciu ataku paniki nie wiedzialam co.sie ze mna dzieje serce mi walilo.rece i nogi drzaly nie.moglam.oddychac upadlam potem bylo pogotowie dostalam zastrzyk na rozkurcz oskrzeli bo lekarz zle zinterpretowal.moja nerwice uznajac ja za atak astmy.. wrocilam.do domu ale uczucie ze za chwile strace zycie pozostalo. dopiero po kolejnych atakach i badaniach trafilam na lekarza ktory powiedzial, ze to nerwica ze mam zdrowe serce i pluca ale sama sobie wmowilam przez bujna wyobraznie. nie.moglam w to uwierzyc, myslalam ze sie pomylil i za chwile umre na zawal czy nie bd mogla oddychac. dal mi leki na uspokojenie dzieki ktorym wreszcoe czulam glod i.moglam jesc bez strachu ze jedzenie wpadnie mi do pluc i spac dluzej niz dwie godziny. paradoksalnie to co wted czulam dalo mi duza sile. uswiadomilam sobie ze chce zyc. mowilam o samobojstwie tylko po to zeby czuc ze mam kontrole nad wlasnym zyciem emocjami… ale gdy stanelam ( z wprawdzie wyimaginowana) ale jednak smiercia twarza w twarz modlilam sie blagajac o ratunek i druga szanse ;))

  • Czarna napisał(a) dnia 24 sierpnia, 2012, 19:12

    Umierałam już raz. Około 6 razy próbowałam.
    W szpitalu byłam raz. Powiedzieli, że mam cyklotymie i to niegroźne. Nie dali leków. Ani terapii. Jedynie kawałek papieru.
    Byłam u wszystkich psychiatrów „dziecięcych”.
    To zabawne, że odsyłają mnie do gabinetów z pluszakami tylko dlatego, że brakuje mi 7 miesięcy do pełnoletności.
    Z całym szacunkiem, ale trzeba być bardzo naiwnym, żeby sądzić, że „myślenie o czymś innym”, „zajęcie się czymś” czy „wspominanie lepszych chwil” faktycznie pomoże…

    Jedyne co to można BYĆ z tą osobą. Ona nigdy o to nie poprosi, ale tego potrzebuje, choć nie zawsze o tym wie…
    A i to czasem nie wystarczy.

    Mnie już nic nie uratuje, za głęboko w tym siedzę, bliscy nie potrafią pomóc, a lekarze mówią, że to wina „niedojrzałości” i, że „to normalne, z czasem minie”.
    Nie wiadomo tylko, czy zdąży minąć…

Do tego wpisy linkują

  1. Rytuał obniża ryzyko samobójstwa | Psychika.eu
  2. Do 2020 roku będziemy mieć 1,5 mln samobójców rocznie | Psychika.eu
  3. Dogoterapia w leczeniu depresji i PTSD | Psychika.eu
  4. Zaburzenia jedzenia - typologia | Psychika.eu
  5. Urzędy pracy z działem dla samobójców - Blog InfoPraca.pl
  6. Jak rozpoznać ryzyko samobójstwa u nastolatków? - Psychologia Dziecka
  7. Koszmary po napadzie – objawy PTSD | Psychika.eu
  8. Depresja jest…
  9. Szef, mobbing i zdrowie fizyczne - weblog.infopraca.pl | weblog.infopraca.pl

Dodaj swój komentarz

Copyright © 2014 Psychika.eu. All rights reserved. stat
Theme by Fitobochka and ComFi.com Phone Cards Company.