Syndrom Wertera, czyli samobójstwa a media
- sobota, Lipiec 18, 2009, 3:36
- Zaburzenia i choroby
- 3 994 odwiedzin
- Dodaj komentarz!
Jakiś czas temu, pisałam o zwiększającej się ilości samobójstw po śmierci idola. Młodzież tracąc autorytet idzie w ślady ulubionej postaci, której śmierć staje się katalizatorem próby samobójczej lub samobójstwa. Syndrom Wertera (pod taka bowiem nazwą mechanizm ten jest znany psychologom) dotyka nie tylko osoby młode. De facto, z syndromem Wertera do czynienia będziemy mieć zawsze wtedy i tam, gdzie mass media nagłośnią sprawę śmierci – czy to przez samobójstwo, czy przez wypadek. Aby zaistniał syndrom Wertera nie potrzeba nawet idola.
W 1974 roku, próby zbadania i wyjaśnienia syndromu Wertera podjął się David Philips, który analizował wskaźniki samobójstw i wykorzystywane metody i porównywał je z informacjami pojawiającymi się w prasie. W późniejszym etapie swoich badań, włączył do swoich badań również wypadki, zakładając że część z nich jest zakamuflowanym samobójstwem, które po prostu nie zostało rozpoznane. W efekcie trwających kilka lat badań, Philips doszedł do wniosku, że istotnie, po nagłośnieniu samobójstwa przez media, wzrasta ilość samobójstw i wypadków i działanie to nazwał „naśladowczą śmiercią samobójczą” która nazywana jest też efektem Wertera.
Jakie jeszcze wnioski zebrał Philips, które pozwoliły mu na ukucie teorii o syndromie Wertera?
- po każdym nagłośnionym samobójstwie, w ciągu dwóch następujących po nim miesięcy, liczba samobójstw rośnie o 58 osób (w porównaniu do okresu w którym nikt znany się nie zabija).
- narażeni na naśladowcze samobójstwo są osoby podobne do zmarłego (pod kątem płci, wieku, statusu) innymi słowy – jeśli zabija się osoba młoda, wzrasta liczba samobójstw młodocianych. Jeśli starsza, widać wzrost liczby samobójców wśród osób w średnim wieku.
- samobójcy naśladujący, wybierają podobne metody, jakimi posłużył się znany samobójca.
- część naśladowców ukryta jest w statystykach „wypadki” zwłaszcza, jeśli samobójcza śmierć osoby znanej nastąpiła na skutek przedawkowania, postrzału czy spowodowania wypadku. Osoby te nie decydują się świadomie zabić, ale zwiększają ilość zachowań ryzykownych, co w efekcie prowadzi do wzrostu statystyk wypadków.
Jak widać, społeczny dowód słuszności opisany przez Cialdiniego (czyli fakt iż zachowujemy się tak, jak zachowują się osoby dookoła nas) ma zastosowanie nie tylko wtedy, kiedy ochoczo przechodzimy przez ulicę na czerwonym świetle, jeśli tylko wejdzie na pasy choć jedna osoba z czekającego na zielone tłumu, ale również wtedy, kiedy ginie ktoś, kogo śmierć staje się pożywką dla mediów.
